wtorek, 5 kwietnia 2016

Rozdział 14

- Co? To jakiś żart- wyszeptałam, prawie niesłyszalnie, nieświadoma swojego głosu. Ta wiadomość naprawdę mnie zszokowała. Przecież ja... ja niczego nie pamiętałam. Najgorsze było jednak to, że gdzieś w moich wspomnieniach spotkałam chłopca o tych magicznych brązowych oczach. A im bardziej chciałam przypomnieć sobie więcej szczegółów, tym dalej byłam od rozwiązania tej zagadki. Czułam się, jakby mój mózg bronił się przed tymi wspomnieniami i sprytnie je ukrywał. Dziwne, prawda?

- Po co miałbym kłamać? - chłopak westchnął, przeczesując palcami swoje włosy. Następnie wyjął ze środka plecaka zdjęcie, które przypadkowo znalazłam w jego domu i mi je podał. Spojrzałam na małą blondynkę i od nowa zaczęłam analizować jej postać. Teraz patrzyłam na nią z całkiem innego punktu, szukając podobieństwa do siebie. Mimo tego, że zajęło mi to chwilę czasu, widziałam to, widziałam małą, radosną Amelię. Jak mogłam nie zauważyć tego wcześniej? Jak mogłam nie skojarzyć tak oczywistych faktów? Gdy skończyłam oglądanie samej siebie, przejechałam palcem po zdjęciu, skupiając się na chłopcu, który obecnie stał przede mną.

- Ja... pamiętam cię - odezwałam się w końcu, patrząc Danielowi prosto w oczy. Równocześnie z moim wyznaniem, rozdzwonił się telefon szatyna, łamiąc panującą przez długi czas głuchą ciszę. Zamiast jednak go odebrać, połączenie zostało przerwane, a komórka ponownie schowana do tylnej kieszeni spodni. Widocznie motocyklista nie darzył dużą sympatią osoby dzwoniącej.

- Nawet nie wiesz, jak się cieszę. Will uprzedzał, że twoje wspomnienia mogą być zablokowane - wyjaśnił, lekko się uśmiechając. Mimo tego, że był trochę zdenerwowany, uczynił ten drobny gest, dodający otuchy.

- O co chodzi? Kim jest Will? - zasypałam Daniela pytania, chcąc dowiedzieć się, jak najwięcej o nieznajomym, który za to mnie znał bardzo dobrze. Ale skąd to wszystko wiedział? Czyżby chłopak coś przede mną ukrywał? Czułam, że jedna z największych zagadek umyka mi przed oczami.

- To... - chciał wytłumaczyć, lecz ponowny dzwonek telefonu zakłócił tę czynność. Tym razem wyjął go i przyłożył aparat do ucha, jednocześnie odwracając się do mnie tyłem. Nie zamierzałam jednak wychodzić, tylko zostać i wysłychać rozmowy do końca. W końcu miałam prawo tu być.

- Czego znowu chcesz?!! -warknął do osoby po drugiej stronie, napinając wszystkie swoje mięśnie. Wydawało się, że z każdą chwilą coraz bardziej się denerwował.

- Dlaczego zawsze musicie coś schrzanić, a ja to odkręcać?!! - wykrzyknął, uderzając przy okazji pięścią w pobliską ścianę, która na szczęście pozostała nienaruszona. Okej. W tym momencie zaczęłam się bać, ale to tak troszeczkę.

- Rozumiem, do cholery! Zaraz będę! - szatyn ze złości ścisnął mocniej telefon, a drugą ręką  zażarcie coś gestykulował. Słowo wkurzony nie oddawało całkowicie  jego obecnego stanu. Definitywnie było za słabe. Mogło się wydawać, że komórka pod jego palcami zaraz rozpadnie się na kilka części.

- Jestem u niej, idioto. Ktoś tu koniecznie przyjeżdża za mnie - oznajmił jakby spokojniej, chociaż z nim nigdy nic nie było wiadome. Ciekawe z kim rozmawiał... Do tej pory nie poznałam jego "współpracowników". Miałam nadzieję, że w najbliższym czasie dowiem się, komu zawdzięłam pomoc.

- Mówiłem, że dom musi być cały czas pod obswrwacją. Nawet nie zaprzeczaj!

- Dajcie mi piętnaście minut! - dodał, gdy wysłuchał całej odpowiedzi dzwoniącego, a następnie wziął swoją skurzaną kurtkę i założył ją w pośpiechu. Nawet na mnie nie spoglądając, wyszedł, przy okazji trzaskając drzwiami. 'O nie! Nie pozwolę mu ot tak sobie wyjść! Nie, kiedy coś dotyczy mojej osoby' - pomyślałam, bo właśnie takie miałam przeczucia. Zresztą każdy mógłby się domyślić i na moim miejscu pewnie zrobiłby to samo.
Zbiegłszy prędko po schodach, ruszyłam na zewnątrz, by zdążyć zatrzymać chłopaka. Wiatr owiał moje włosy, a na ciele poczułam lekką gęsią skórkę. Dzisiejszy wieczór nie należał do najcieplejszych tego lata.

- Daniel, czekaj! - krzyknęłam w momencie, kiedy zamierzał wsiąść do samochodu. Na szczęście, nie zignorował mojej prośby i odwrócił się, z hukiem zamykając drzwi. Jego oczy były przepełnione frustracją i złością, więc nie zapowiadało się na miłą rozmowę.

- A tobie o co chodzi?! - zapytał w swój dość specyficzny sposób. Oschły Daniel wrócił do formy. Zdecydowanie wolałam tą troskliwą i radosną wersję. Niestety ten tryb był aktywowany bardzo rzadko.

- Nie udawaj, że nie wiesz. Nie ma mowy, żebyś odjechał bez wyjaśnienia - postawiłam swój warunek, nie zważając na jakiekolwiek sprzeciwy szatyna. Wszystko i tak zaszło już za daleko.

- To są wyłącznie moje sprawy, więc nie będę się tłumaczył! - rzekł wściekły, splatając swoje ręce na klatce piersiowej. Jak zwykle wracaliśmy do punktu wyjścia.  Dlaczego on był taki uparty?!

- I ty to wiesz, i ja to wiem, że one dotyczą też mnie. Nie możesz wiecznie wszystkiego przede mną ukrywać - powiedziałam z opanowaniem, nie zapominając o stanowczości. Tym razem  nie pozwoliłam mu uniknąć odpowiedzi. Tym razem starałam się nie odpuszczać.

- Chcesz prawdy, tak?! Uwierz, że wolałabyś jej całej nie znać - chłopak oznajmił poważnym tonem, jakby ta wiedza była zakazana i niebezpieczna. Przez chwilę nawet zawahałam się, czy na pewno powinnam się, o to pytać. Ale przecież pragnęłam ocenić, na czym stałam.

- Sprawdź mnie.

- Na pewno twoim ostatnim marzeniem było wplątanie się w to gówno zwane głupimi porachunkami gangsterskimi między ludźmi, którzy do najmilszych nie należą. Zabijają z zimną krwią, nie dbają o nic, tylko własne interesy. A teraz ty stałaś się ich najcenniejszym towarem. Chcą się zemścić, pragną tego bardziej niż czekogolwiek innego. Wszystko przez nieprzemyślane decyzje z przeszłości. Ale ty nie  mogłaś wiedzieć, że twój los był już dawno zapisany. Nie mogłaś wiedzieć, bo to, co się dzieje, nie jest do końca twoją winą. Gdybyśmy tylko wiedzieli, do czego to doprowadzi, nigdy... Gdybyśmy tylko nie byli tacy głupi, to... Jestem pieprzonym frajerem, wiesz?! Nie powinnaś była mi ufać! - wybuchł przy ostatnich zdaniach. Gdy skończył swoją długą przemowę, schował twarz w swoich dłoniach. Był zrozpaczony i załamany. On się obwiniał. Brał winę za to, co mnie spotkało.

Naprawdę miał w tym jakiś udział? Przecież byliśmy tylko przyjaciółmi z dzieciństwa. A czy na pewno? W mojej głowie narastał coraz większy mętlik, a ciało w ogóle się nie ruszało, pozostając w szoku. W co ja się wpakowałam?!! To jakiś koszmar, prawda? Po prostu jeszcze się nie obudziłam, tak? Zamiast pobudki, otrzymałam silne uderzenie rzeczywistości. Zaczęłam się bać i to potwornie bać. Nigdy nie spodziewałabym się takiej odpowiedzi. Głupio myślałam, że wszystko się uspokoiło. Teraz wiedziałam, że wszystko dopiero się zaczynało. Kolejnym ogromnym zdziwieniem było dla mnie zachowanie Daniela. Wyglądał tak, jakby jego strach górował nad pozostałymi emocjami. Ale jeśli on był przerażony to kto stał za tymi wszystkimi atakami?

Jedno wiedziałam na pewno: tylko on mógł mi pomóc, tylko on się na tym znał, tylko on był w stanie mnie ochronić, o czym się już przekonałam, więc musiałam zatrzymać go przy sobie jak najdłużej. Bez motocyklisty nie dałabym rady przeżyć nawet kilku godzin.

- Al...e u...ufam, u...fam ci. Razem damy radę, tak? - próbowałam pocieszyć Daniela, chociaż sama też tego potrzebowałam. Podeszłam bliżej i złapałam za jego ręce, odsłaniając spuszczoną głowę. Kiedy ją podniósł, trochę oprzytomniał i powoli zaczął wracać do siebie.

- Nie jestem taki dobry, za jakiego mnie uważasz - stwierdził, a nasze oczy na chwilę się spotkały. Cokolwiek to miało znaczyć, nie wzięłam tego na poważnie. Człowieka nie ocenia się po jego przeszłosci, ale po tym, co zrobił wobec ciebie. Bez żadnych wątpliwości w tym wypadku więcej było tych pozytywnych rzeczy.

- Jesteś na tyle dobry, żeby poświęcić swoje życie dla kogoś takiego jak ja.

- Naprawdę nie mógłbym postąpić inaczej - powiedział tak cicho, iż miałam wrażenie, że bardziej kierował te słowa do siebie niż do mnie. Nasz wzrok skrzyżował się po raz drugi, lecz tym razem na dłużej. Żadne z nas nie próbowało tego przerwać. Chyba oboje potrzebowaliśmy chwili spokoju i wyciszenia.

- Koniec tych zwierzeń - pierwszy wyłamał się motocyklista. -Wrócę późno, ale mam twoje klucze - rzucił, ponownie otwierając drzwi od samochodu. Wyglądał, jakby rozważał możliwość ucieczki, gdybym chciała go jeszcze zatrzymać. Chyba by się przeliczył, bo i tak nie zamierzałam go puszczać samego.

- Jadę z tobą.

- Nie ma mowy! - wyrwał się od razu, kręcąc przecząco głową. A już był taki spokojny. Miałam nadzieję, że uda mi się go jakoś podejść i się zgodzi. Teraz należało przejść do planu B.

- Tak, skoro zacząłeś w końcu coś mówić, to mam prawo poznać więcej szczegółów.

- To tak nie działa.

- A i owszem - oznajmiłam, szeroko się uśmiechając. Daniel musiał ustąpić. Po prostu musiał. Jeśli jednak nie przystałby na moją prośbę, stalibyśmy tak do końca życia. Ja też potrafiłam być uparta. Na moją korzyść, chyba na poważnie, rozmyślał nad tą opcją. Przeczesując teraz swoje włosy, wydawał się być sfrustrowany moim zachowaniem.

- Okej! Pod jednym warunkiem: masz się mnie słuchać, bo jestem w tym świecie dłużej niż ty.

- Zgoda - bez zastanowienia przystałam na jego propozycję. Umowa nie była zbyt skomplikowana i wymagająca, więc jak najbardziej mi odpowiadała. Bardzo ciekawiło mnie, co planował pokazać mi szatyn i dokąd zmierzał.

- Wsiadaj, zanim zmienię zdanie- chłopak zaprosił do pojazdu, otwierając drzwi od strony pasażera. Co dziwne, ten charakterystyczny uśmieszek powrócił na jego twarz. Humor widocznie mu dopisywał.

- Czasami mógłbyś być trochę milszy.

- Racja. A ty mniej irytująca.

_________________________
 JA ŻYJĘ! :D
Może to dziwne, ale żyję xd
Po jakże długim czasie doszłam do wniosku, że krótsze rozdziały powstają znacznie szybciej :P Naprawdę nie mam siły pisać tak obszernych części jak wcześniej. Właśnie dlatego od teraz będą pojawiały się takie jak powyżej. Chyba trochę się wypaliłam przez to, że zawsze chciałam, jak najwięcej ująć w pojedynczym rozdziale i się rozpisywałam...rozpisywałam...rozpisywałam...  a na to schodziło mi kilka godzin (jak nie więcej xd). CZAS NA ZMIANY KOCHANI!
Mam nadzieję, że ktoś tu jeszcze zagląda :))) Chociaż nie zdziwię się, jeśli nie xD
Jesteście, moje miśki? ♥
Jak zwykle, ale po prostu muszę to zrobić, DZIĘKUJĘ ZA WSZYSTKIE KOMENTARZE!! Bez nich nie dałabym rady <3
PS.: Można znaleźć mnie też na wattpadzie, gdzie umieszczam też inną twórczość (nie jest jej dużo, ale zawsze coś). Moja nazwa to: Isiunia ;) Jeśli ktoś byłby chętny to zapraszam.
DO KOLEJNEGO KOCHANI :***

niedziela, 27 grudnia 2015

Rozdział 13

Nie miałam pojęcia, ile czasu spędziłam skulona na ławce w pobliskim parku, ale nie wydawał się on zbyt długi. Nie wszystkie sprawy zdążyły być przemyślane i rozwikłane, gdyż moją samotność przerwał nie kto inny tylko motocyklista. Po tym jak poczułam rękę na ramieniu, podniosłam głowę i napotkałam jego zmartwione oczy. Widząc łzy na moich policzkach, przysiadł obok i wziął mnie w swoje objęcia, głaszcząc delikatnie po plecach.

- Co się stało? - spytał, wyraźnie poruszony i zdziwiony moją reakcją. Sama byłam zaskoczona, ale czasem emocje sprawiały, że zachowywałam się irracjonalnie. Robisz coś, a potem nie masz pojęcia, jak do tego doszło. Dziwne, prawda?

Ostatnie tygodnie zmieniły mnie, naprawdę zmieniły. Ten strach, ciągłe obawy sprawiły, że już się nie poznawałam. Z wesołej, energicznej i może trochę spóźnialskiej dziewczyny stałam się smutnym, zagubionym człowiekiem, stale martwiącym się o swoją przyszłość i przyszłość najbliższych. Mimo wszystko walczyłam.  Chodziłam do pracy, spotykałam się z przyjaciółmi, zajmowałam siostrą. Dla nich próbowałam być tą starą Amelią, pełną życia i głupich pomysłów. Starałam się żyć normalnie, choć czy takie życie można nazwać normalnym? Każdy uśmiech, każde radosne spojrzenie kosztowało tak wiele. Gromadzone przez tyle emocje, co jakiś czas musiały w końcu ze mnie wypłynąć. A najgorsze było to, że tego nie kontrolowałam, tak jak teraz i zdarzało się to prawie zawsze przy Danielu. Właśnie przy nim powinnam być szczególnie twarda.

- Czy... czy to kiedy...kolwiek się skończy? - odpowiedziałam pytaniem, cichutko łkając. Przez chwilę nawet myślałam, że usłyszę to, czego tak bardzo pragnęłam. Chociaż czy te kilka słów naprawdę by mi pomogły? Potrzebowałam mojego dawnego życia, którego wcześniej nie doceniałam. Byłam taka głupia, że narzekałam nawet na drobnostki- małe niepowodzenia w codzienności. Ile bym dała, aby powrócić do tych chwil...

- Obiecuję ci, że tak - zapewnił mnie szatyn, umieszczając swoje usta na moim czole. Ten malutki gest i kilka słów sprawiło, że uwierzyłam w to. On zawsze wiedział, jak mnie pocieszyć. W jego towarzystwie czułam się... bezpieczna. W końcu to on mnie chronił, narażał swoje życie. Powoli zaczynałam się od niego uzależniać, co było niedopuszczalne. Im częściej próbowałam odgonić tą myśl od siebie, tym bardziej wydawała się ona prawdziwa.

- Ale teraz nie mogę pozwolić na to, byś została sama. Zamieszkasz ze mną przez jakiś czas, okej? - zaproponował znienacka, całkowicie mnie zadziwiając. Widocznie miał już ułożony plan, nad którym myślał od jakiegoś czasu i nic mi nie powiedział. Ten błysk w oku świadczył, że doskonale wiedział, co robił. Natomiast ja nie byłam taka pewna. Nie teraz. Nie w obecnej sytuacji.

- Nie mogę zostawić Linsey i rodziców. Nie powiem im przecież, że przeprowadzam się do chłopaka, którego znam dwa-trzy miesiące. Chyba by mnie w domu zamknęli- zażartowałam, chcąc rozluźnić sytuację, ale trochę mi nie wyszło. Mój śmiech nie zabrzmiał tak jak powinien, a na twarzy pojawił się lekki grymas. Musiałam wyglądać co najmniej żałośnie.

- Wymyślimy coś. Równie dobrze możesz wkręcić w to Julie- oznajmił chłopak, próbując zmienić moją decyzję. Jednak ja pozostałam nieugięta. Nie chciałam wciągać kogokolwiek w to bagno. To była moja sprawa i tak miało pozostać.

- Nie. Poza tym mam już pomysł- odpowiedziałam pewna siebie.
Yyy...prawie pewna, bo została jedna malutka drobnostka, która mogła się nie udać.

~*~
Stałyśmy z Linsey przed drzwiami naszego domu i czekałyśmy na Daniela, który sprawnie wypakowywał swoją walizkę. Zajęło mu to dosłownie chwilę, więc zaraz wchodziliśmy już do środka. Moje zdenerwowanie diametralnie wzrosło, gdy ujrzałam rodziców, którzy siedzieli przy stole w kuchni. Biorąc pod uwagę porę dnia, pewnie jedli obiad. Gdy nas zauważyli, od razu wstali i przygarnęli nas do siebie. Mama lekko mnie przyduszała, a tata wziął na ręce Lins. Jak ja kochałam te nasze pieszczoty i rodzinne przytulanka.

- Jak dawno was nie widzieliśmy- zaczęła rodzicielka, rozluźniając swój uścisk. W końcu mogłam spokojnie odetchnąć. Uśmiechnęłam się do niej, bo też bardzo mi ich brakowało przez te kilka dni. Niestety w tym miesiącu byli dosłownie rozrywani przez swoje prace i mieli dużo na głowie. Nie winiłam ich za to, bo tak wiele dla nas robili. 

- A kim jest ten przystojny chłopak? - zapytała mama, zerkając przez moje ramię i uśmiechając się przyjaźnie. Od razu odwróciłam się w stronę szatyna, który podszedł bliżej, zostawiając w holu swoje bagaże.  

- Mamoo- odparłam zażenowana jej reakcją. Co ja z nią miałam? Czasami zachowywała się, jakby była w moim wieku, a ja musiałam ją stopować. Jednak to najbardziej w niej kochałam. Motocyklista zaśmiał się na naszą krótką wymianę zdań, a ja razem z nim. 

- To Daniel, mój przyjaciel. Jego tata ... - rozpoczęłam przedstawianie chłopaka i  zacinając się już na początku. Miałam ogromną pustkę w głowie. Wyobraźnia chyba przestała działać. Poza tym nie byłam zbyt dobra w kłamstwie, więc ogarnęła mnie podwójna presja.

- ... wyjechał za granicę na tydzień w sprawach służbowych... - szatyn uzupełnił moją wypowiedź, sprawiając wrażenie prawdomównego. Gdybym nie znała obecnej sytuacji, na pewno bym mu uwierzyła. Byłam ciekawa, gdzie się tego nauczył lub czy robił to aż tyle razy.

-... i wysłał go do cioci. Niestety nie zastał jej w domu, więc teraz nie ma gdzie się podziać. Pomyślałam siebie, że mu pomożemy, bo przecież mamy wolny pokój i... Oczywiście to tylko na kilka dni - skończyłam, robiąc maślane oczka do rodziców. 
Odetchnęłam głęboko, gdyż wszystko poszło zgodnie z planem, a ja nie palnęłam nic głupiego. Byłam z siebie dumna i to jak. Teraz tylko werdykt, którego tak się obawiałam. Po tym jak rodzice znacząco na siebie popatrzyli, głos ponownie zabrała moja rodzicielka.

- Oczywiście, kochanie. W końcu twoi znajomi są tu mile widziani - mama podkreśliła ostanie słowa, kładąc przy okazji rękę na ramieniu Daniela. Chciała go pewnie w ten sposób pocieszyć i sprawić, by czuł się tutaj, jak u siebie. Jeśli ktoś powiedziałby, że anioły nie istniały, moja mama była najprawdziwszym dowodem. To najcudowniejsza i najcieplejsza kobieta na ziemi. 

- Śpicie osobno i bez żadnych wybryków- tym razem odezwał się zatroskany tata, który teraz mierzył wzrokiem trochę przestraszonego motocyklistę. Czy instynkt ojcowski musiał włączyć się w tej chwili? Mało by brakowało, a wybuchłabym śmiechem. Na szczęście, nie tylko ja, bo mama też się powstrzymywała. Tu nie dało się być poważnym. 

- Tak jest panie Collins. Jestem ogromnie wdzięczny za przenocowanie mnie, więc nie zamierzam się wychylać- chłopak dał swoje słowo i już myślałam, że zaraz zasalutuje jak w wojsku. Ich relacja była na poziomie porucznik- żołnierz. Natomiast główne zasady to: "Rób co ci każe, bo będzie źle" i "Jak skrzywdzisz moją Amelcię, możesz kopać sobie grób".

- Cieszę się, mogąc to słyszeć - sztuczny uśmiech zagościł na twarzy taty, który obecnie przechodził samego siebie. Nigdy nie widziałam go w takiej odsłonie. Pewnie po przejściach ze Scottem stał się bardziej ostrożny odnośnie znajomych swojej córci. To było nawet słodkie, co nie oznaczało, że mi się podobało. Może trochę...

- James! - rodzicielka upomniała "pana porucznika", a on by zachować odrobinę męskiej dumy, wyszedł z uniesioną głową. Gdy opuścił pomieszczenie, wszyscy zaczęliśmy chichotać. Wszyscy oprócz Daniela, który stał sparaliżowany, nie rozumiejąc, co przed chwilą zaszło. Nikt z nas nie wiedział. Mężczyźni to naprawdę skomplikowane maszyny. 

 -Idźcie już dzieciaki i przyjdźcie później coś zjeść- dodała mama, biorąc Linsey za rękę i znikając za ścianą, prowadzącą do salonu, gdzie prawdopodobnie przebywał tata - strażnik mojego serca.

~*~
Zapukałam do drzwi motocyklisty, znajdujących się naprzeciwko moich i czekałam na odpowiedź. Po usłyszeniu głośnego 'proszę', wdreptałam do wnętrza pokoju, mając na stopach ukochane kapcie w krówki. Zauważając szatyna jedynie w dolnej części garderoby, odwróciłam wzrok i pozwoliłam dokończyć mu zakładanie t-shirtu. Oczywiście nie obyło się bez śmiechu chłopaka i moich ogromnych rumieńców. Zanim jednak zaczęłam mówić, w jakiej sprawie przyszłam, koniecznie musiałam zwilżyć wargi, które teraz wydawały się być jak wielka pustynia.

- Yyym... Chciałam z tobą porozmawiać - rozpoczęłam nieśmiało, patrząc na własne palce, woląc je niż mojego rozmówcę. Po postu czułam się niepewnie w temacie odkrywania mrocznych tajemnic. Zawsze mogłam posunąć się ten jeden krok za daleko i zniszczyć naszą "relację".

- Więc siadaj- Daniel wskazał na brzeg łóżka i gdy już się wygodnie usadowiłam, sam do mnie dołączył, oczekując na dalszych rozwój zdarzeń. Potrzebując nowej dawki powietrza, wzięłam głęboki wdech, który jednocześnie dał upust emocjom. Mogłam zaczynać.

- Cały czas chcesz, żebym ci zaufała. Wiesz, że zaufanie wiąże się ze szczerością?- zadałam pierwsze, kluczowe pytanie, którego celem było otwarcie tego skrytego w sobie chłopaka. Ktoś w końcu musiał to zrobić. Padło na Amelię. W głębi ducha przeczuwałam, że właśnie dzisiaj wszystkiego się dowiem. Czy byłam gotowa na to "wszystko"? Zdecydowanie nie. 

- Rozumiem. Pytaj - zachęcił mnie uśmiechem, co wzmocniło moją pewność siebie. Nie zamierzałam owijać w bawełnę, bo za tym nie przepadałam. Trzeba mówić raz, a konkretnie.

- Widziałam u ciebie zdjęcie, które przedstawiało czwórkę dzieci. Jedno było podobne do ciebie, tak jak i dziewczynka obok - powiedziałam, nie odrywając wzroku od motocyklisty w celu obserwowania jego reakcji. Przy okazji starałam się wyczuć kłamstwo. W filmach robili to wyjątkowo dobrze, więc chciałam się przekonać, czy też tak potrafię. Jednak jedynym, co zobaczyłam był ten sam uśmiech i lekkie rozczarowanie w oczach szatyna. Czyżbym coś ominęła?

- To ja i moja siostra Olivia - wyjaśnił, przerywając na chwilę nasz kontakt wzrokowy, by przejechać ręką po swoich włosach. Widziałam, że mówiąc o tym, cały się spiął, więc nie chciałam na razie poruszać sprawy jego rodziny. Należało wycofać się z tego zaminowanego pola na bezpieczną odległość i przybyć dopiero z odpowiednim wyposażeniem. 

- Czyli stąd inicjały D. i O., a pozostała dwójka?- zmieniłam temat, starając się nie zahaczać o tematy zakazane. Czułam, że powoli dochodzę do prawdy. Nie chciałam tego zepsuć swoją diabelską ciekawością.

- Chodzi ci o A. i W. ? - upewniał się, na co pokiwałam twierdząco głową. Właśnie miałam poznać, kim była dziewczynka z mojej pamięci, bo na pewno gdzieś już ją widziałam. To wydawało się mega dziwne.

- Nic nie pamiętasz? - dopytywał Daniel, a gdy zobaczył moje zdziwienie, cicho westchnął. Coś ukrywał. Na pewno coś ukrywał. Może nie byłam wybitnym detektywem, ale każdy by to zauważył.

- Myślałem, że po zobaczeniu wspólnej fotografii sobie przypomnisz. Kojarzysz małą blondynkę?- zapytał, a przed oczami stanął mi obraz drobnej dziewczynki z niesamowicie zaraźliwym uśmiechem. Pamiętałam ją dokładnie. Chyba jako jedyną z całej czwórki. Tak jakoś pozostała w mojej głowie ma dłużej.

- Mhm. Wyglądała znajomo - potwierdziłam słowa szatyna, nie przypuszczając, że za chwilę usłyszę odpowiedź, która wprawi mnie w osłupienie. Kto by pomyślał, że wszystko potoczy się w takim kierunku. Ja na pewno nie

- Bo to TY.

______________________
MERI KRISTMAS EWRIŁAN! ♥
Wieeem, że już wszystkie PREZENTY odpakowane, ale macie JESZCZE JEDEN ode mnie :) Taki malutki i skromniutki, bo na więcej nie było mnie stać xd To wszystko przez ograniczony fundusz !!
Teraz spóźnione życzonka? NIECH BĘDZIE! 
Więc wszystkiego DOBREGO! (mogłabyś się bardziej postarać xP )
WIĘĘĘC zdrowia, kaski, miłości, wiecznych przyjaźni, spełnienia marzeń i osiągnięcia w życiu tego, czego będziecie tylko chcieli ;) Oczywiście też szczęścia, bo człowiek zadowolony to człowiek spełniony. I PAMIĘTAJCIE, żeby doceniać to, co macie, bo właśnie "to" jest NAJWIĘKSZYM skarbem ♥ Ja codziennie się o tym przekonuję :3
Nie będę pisać więcej, bo wyjdą jakieś bzdury po tym, jak prawie cały dzień spędziłam przed ekranem telefonu, ogarniając rozdział i pochłaniając masę mandarynek. NIE POLECAM! xd

JEŚLI CHODZI O 13 too taka dziwna. Nie wiem czemu, ale tchnęło mnie na ŻOŁNIERSKIE porównania. Chyba do wojska w końcu pójdę :P Oczywiście nie mogło zabraknąć KONFRONTACJI tatusia z Danielkiem. Jeśli choć w malutkim stopniu, ale takim maciupcim Wam się SPODOBAŁO to wiecie co zrobić kochani <3

NA KOŃCU (oczywiście nie dlatego, że jest to mniej ważne czy coś, po prostu tak wyszło :D żeby nie było ci smutno, napiszę dużymi literami :) ) CHCIAŁABYM BAAAAARDZO PODZIĘKOWAĆ CUDOWNEMU DUSZKOWI, KTÓRY PAMIĘTAŁ O ROCZNICY BLOGA ♥ (choć szczerze sama zapomniałam kiedy to dokładnie xd) DZIĘKI TOBIE POCZUŁAM, ŻE TEN BLOG DLA NIEKTÓRYCH NAPRAWDĘ WIELE ZNACZY ♥ DLATEGO POSTARAM SIĘ JAK NAJMNIEJ WAS ZAWODZIĆ I SZCZEGÓLNIE CIEBIE ANONIMKU ♥ (szkoda tylko, że nie wiem kim jesteś ;) )

Dziękuję też za nowe nominacje do LBA <3 Dzisiaj już chyba nie dam rady ich nadrobić, ale postaram się jutro :3
Ps.: O kurczaki jak się rozpisałam *o* I tak tego nikt do końca nie przeczyta... Weźcie chociaż to ostatnie pogrubione xd 

niedziela, 11 października 2015

Rozdział 12

~*~
Leżałam na łóżku i wpatrywałam się w biały sufit nade mną. Zegary właśnie wybiły drugą w nocy, a ja nadal nie zmrużyłam oka ani na chwilę. Rozmyślałam o wszystkim, chociaż większość czasu pochłonęło mi zamartwianie się o najbliższych. Mimo tego, iż Daniel zarzekał, że moim rodzicom nic nie groziło, gdyż dom został oczyszczony to nie miałam pewności czy tamci bandyci nie wróciliby tego samego dnia. Zresztą bardzo ciekawiło mnie z kim rozmawiał chłopak i kto pomagał mu w "zacieraniu śladów" po wypuszczeniu gazu. Na pewno nie działał w pojedynkę, gdyż wyraźnie słyszałam jego rozmowę przez telefon. Moja osoba była po prostu odsunięta na dalszy plan tak, że o niczym nie miałam pojęcia. Może jednak udałoby mi się czegoś dowiedzieć?

Przeczuwając, iż sen nie nadszedłby szybko, delikatnie wyswobodziłam się z objęć Linsey i usiadłam na skraju łóżka. Następnie, by jak najmniej ugiąć materac, stanęłam na równe nogi i powoli ruszyłam do wyjścia pokoju. Mimo ciemności dotarłam do celu, a blask księżyca dobrze sprawdził się w roli zapasowej latarki. Gdy znalazłam się na zewnątrz, skręciłam w stronę, którą przyszliśmy tu z szatynem. Na szczęście na korytarzu paliły się lampki, reagujące na wszelaki ruch w pomieszczeniu, więc nie musiałam aż tak bardzo uważać na przeszkody przede mną. Jedyne, co należało robić to zachowywać ciszę, by swoją nocną wędrówką nie zbudzić motocyklisty. Proste? Nie do końca...

Zanim doszłam do kuchni, gdzie zamierzałam zakończyć podróż, trafiłam do salonu, gdzie potknęłam się o niezidentyfikowaną rzecz i wpadłam na komodę, przewracając przy okazji kilka stojących tam zdjęć. Nie dość, że hałas nie był tak cichy, jak przypuszczałam, to jeszcze musiałam po sobie posprzątać i postarać się, bym ustawiła wszystko na swoim miejscu. Od razu zabrałam się za ponowne rozkładanie ramek. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie obejrzała każdej osobnej fotografii. Ukazywały one małego chłopca, zapewne Daniela z całą rodziną, czyli rodzicami i siostrą, bo dziewczynka obok była naprawdę do niego podobna. Ciekawiło mnie tylko, gdzie oni teraz się podziewali. Czyżby chłopak się od nich wyprowadził, chcąc zacząć niezależne życie? Nie znalazłam na to innego wytłumaczenia. Po prostu kiedyś się go o to zapytam. Jednak najbardziej zastanawiającym zdjęciem było to ukryte za innym, na którym to szatyn wygłupiał się z siostrą. Podnosząc ramkę, poczułam nienaturalną  wypukłość, jakby fotografia zwiększyła swoją grubość. Szybko wzięłam ją do ręki i podeszłam do najbliższej lampki, by móc lepiej na nią spojrzeć.

Gdy odwróciłam całość o sto osiemdziesiąt stopni, ujrzałam włożone od drugiej strony zdjęcie. Przedstawiało ono czwórkę małych dzieci, robiących dziwne miny. Dwójką z nich było rodzeństwo z innych fotografii, a pozostałe dwie osoby też wydawały się być spokrewnione. Dziewczynka o blond włosach nawet kogoś mi przypominała, lecz teraz nie miałam pojęcia kogo. Próbowałam zasięgnąć do najgłębszych zakamarków mojej pamięci, ale nic z tego. Patrząc na nich wszystkich, mogłam zauważyć, że byli najlepszymi przyjaciółmi. By zaczerpnąć odpowiedzi na frapujące pytania, wyjęłam zdjęcie i zajrzałam na jego tylnią część. Ucieszyłam się, kiedy znalazłam tam niewyraźne zapiski, które udało mi się przeczytać. Tylko kilka inicjałów i data, a tak wiele mogły znaczyć.

- D. O. W. A. Rok 1999 - wyczytałam na głos, zastanawiając się nad sensem tego szyfru. D mogło oznaczać Daniela, a pozostałe osoby? Kolejne niewyjaśnione zagadki świadczyły o tym, jak mało znam motocyklistę. Miałam chociaż nadzieję, że wszystko mi jutro opowie. Słysząc kroki dochodzące z piętra, prędko odłożyłam zdjęcie na miejsce i usiadłam na sofie. Nie czekałam długo na tajemniczą osobę, gdyż zaraz na schodach pojawił się szatyn i lekko zdziwił się na mój widok.

- Nie śpisz? - zapytał, udając się powoli do mnie. Na sobie miał luźne spodenki do kolan i ciemny t-shirt, dobrze ukazujący jego budowę ciała. Widać było, że też nie zmrużył oka. Może przeżywał to wszystko tak samo jak ja? Albo, co bardziej prawdopodobne, rozmawiał długo z kolegą, do którego dzwonił przed przyjazdem tutaj?

- Nie mogłam- odpowiedziałam zmęczona i oparłam głowę na kanapie. Nie zamierzałam poruszać teraz tematu zdjęć. Wolałam na razie zostawić własne odkrycia dla siebie i zrobić to , kiedy będziemy już trzeźwo myśleć. W końcu jako gość nie powinnam zagłębiać się niepotrzebnie w prywatne życie chłopaka. Byłoby nie na miejscu, gdybym oznajmiła, że "grzebałam" w jego przeszłości.

-Przyniosę ci szklankę wody - stwierdził, nie pytając mnie o zdanie. Miał rację, bo właśnie po to zamierzałam iść do kuchni. Czułam narastające pragnienie. Pewnie dlatego, że podczas naszej wspólnej kolacji wypiłam tylko kilka łyków herbaty.
Nie wiedziałam, że po kolejnym "zamachu" na moje życie, aż tak stracę apetyt. Zawsze udawało mi się przełknąć choć odrobinę, a nie wpatrywać bezustannie w Linsey. Jednak tym razem prześladowcom nie chodziło tylko o mnie, ale głównie o kochaną, młodszą siostrzyczkę. Przecież mogliby zaplanować to na dzień, gdy byłabym w domu tylko ja. Naprawdę martwiłam się o moją kruszynkę. Gdyby coś jej się stało i jeszcze przeze mnie, nie wybaczyłabym sobie tego.

- I co teraz? - zapytałam motocyklistę, kiedy wszedł do pokoju ze szklanką w ręce. Następnie podał mi ją i usiadł obok, skupiając wzrok na mojej osobie. Nastała między nami chwila ciszy. Słychać było tylko odgłos łykania przeze mnie kolejnych porcji wody. Kiedy naczynie zostało opróżnione, odstawiłam je na stolik obok.

- Nic. Będziemy żyć dalej, ale nie martw się, bo od teraz nie spuszczę z ciebie oka, aniołku - przyrzekł, biorąc moje dłonie w swoje. Zaczął delikatnie je gładzić, cały czas utrzymując ze mną kontakt wzrokowy. Na pewno byłam spokojniejsza, wiedząc, że mam Daniela, który zawsze zjawiał się o odpowiednich porach i ratował, gdy sama nie dawałam rady. Jednak tym razem ledwo udało nam się uciec. Co jeśli następnym razem nie będzie tak łatwo? Po takich niebezpiecznych kryminalistach można było spodziewać się wszystkiego.

- Jak? - nie dowierzałam mu. Przecież nie mógł być ze mną dwadzieścia cztery godziny na dobę i trzymać cały czas za rączkę. Ja miałam swoje życie, a on swoje. To było niemożliwe. Czyżby chciał ze mną zamieszkać? Już widziałam miny rodziców, kiedy bym im to oznajmiła. Tata patrzyłby na mnie jak na osobnika z innej planety i próbował przetworzyć moje słowa kilka razy, a oczy mamy byłyby tak przerażone jak jeszcze nigdy. Na razie zamierzałam oszczędzić rodzicom takich widoków.

- Będziemy obserwować wasz dom - powiedział ze spokojem, jakby to było takie oczywiste i normalne. Przecież każdy miał teraz swoją ochroniarską  obstawę, czyli całodobowych aniołów stróżów. To nic dziwnego. Pff. Czemu pomyślałam inaczej? Ach! No tak! Bo byłam zwykłą dziewczyną, a nie gwiazdą z Hollywood, która podbiła cały świat...

- My czyli? - nie dałam wygrać szatynowi i zostawić mnie znowu bez odpowiedzi. Musiałam znać każdy nawet najmniejszy szczegół. W końcu chodziło o moją osobę i dlatego powinnam być wtajemniczona w jego albo" ich" tajne plany. Rozumiałam, że każdy miał swoje tajemnice, ale nie w takiej sytuacji. Po prostu wszystko działo się za moimi plecami, a ja żyłam w szklanej bańce, odseparowana od świata. Byłam ciekawa, kiedy ta ochronna kula pęknie i zostanę sama, bezbronna, nie znając żadnego wyjścia z danej sytuacji. Bo, oczywiście, o niczym nie wiedziałam.

- O tym nie musisz myśleć. Ja wszystko załatwię - odparł, spoglądając na gwiazdy za oknem. Cały czas jedno i to samo-milczenie. I jak tu się odnaleźć? Wszystko zaczyna ci się walić, a jedyna osoba, która może pomóc, ukrywa swój plan. Szczerze? Scenariusz jak z filmu akcji albo książki przygodowej. Tylko, że to działo się naprawdę. Trzeba było przyznać, że to niezły materiał na kryminał.

-Co z rodzicami? - nie mogłam nie zadać tego pytania. Przecież gdyby się zorientowali, co się działo, od razu zgłosiliby to na policję, a właśnie tego nie chcieli prześladowcy. Musiałam im się podporządkować, bo inaczej rozpętałoby się prawdziwe piekło. Nikt nie zapewniłby nam odpowiedniej ochrony, bo kto by wiedział z kim ma do czynienia?  I co my byśmy zrobili? Nie zamierzałam pozwolić, żeby cokolwiek stało się moim najbliższym.

- Nie dowiedzą się - obiecał z przekonaniem. A może Daniel miał w tym całym zamieszaniu jakiś interes? Bezinteresowna pomoc? To tylko na dużym ekranie. Powoli chyba zaczęłam wariować. Komuś naprawdę na mnie zależało, a ja wymyślałam liczne bajki na jego oczernienie. Wiecznie brak snu mi nie służył.

- A Linsey? - to była kolejna niewiadoma. Co jeśli mała wszystko powiedziałaby rodzicom? Zresztą kto uwierzyłby takiej słodkiej siedmiolatce? Dzieci w tym wieku mają nawet zmyślonych przyjaciół.
Chociaż o to mogłam być spokojna. Zawsze istniało jakieś ryzyko, ale naprawdę nieduże.

- Amelka daj spokój. Poradzimy sobie... Razem- złapał mnie za rękę i ucałował jej wnętrze. Po moim ciele przeszły lekkie ciarki spowodowane dotykiem szatyna.
Dawno się tak nie czułam. Taka... ymm... wyjątkowa? Komuś potrzebna? Od zerwania ze Scottem nigdy nie myślałam, że spotkam na swojej drodze chłopaka, któremu całkowicie zaufam. A teraz było ich nawet dwóch. Najpierw pojawił się Daniel, a potem jeszcze Ash. Może nie dopuściłam ich do siebie tak szybko, ale cieszyłam się, że miałam teraz na kogo liczyć. Poza tym oprócz Julie zyskałam też nową przyjaciółkę- Suz. Moje życie byłoby idealne, naprawdę idealne.
Gdybym tylko nie znalazła się wtedy w tym przeklętym sklepie...

- Chodź. Musimy chociaż trochę się zdrzemnąć - stwierdził, wstając i ciągnąc mnie do "przypisanego" mi pokoju, gdzie w niedźwiedzim śnie pogrążona była Lins. Zanim jednak weszłam do środka, do głowy przyszedł mi pewien, bardzo spontaniczny pomysł.

 - Położysz się ze mną? - chyba jeszcze nigdy mój głos nie brzmiał tak cichutko i nieśmiało. Sama byłam zdziwiona, że w ogóle to powiedziałam. W związku z tym, że motocyklisty szedł pierwszy, teraz wpatrywałam się w jego plecy. Zanim się odwrócił, minęło kilkadziesiąt długich sekund. Może jednak nie powinnam o to prosić?

- Nie puszczę cię już nigdzie- zaśmiał się przyjaźnie i puścił mi oczko. Następnie nadal trzymając moją rękę, pociągnął do przodu. Gdy w końcu znalazłam się przy siostrze na łóżku, obserwowalam poczynia chłopaka, który położył się obok nas. Jak to w filmach, przyciągnął mnie do siebie, a ja oparłam głowę na jego klatce piersiowej.
Właśnie w takich romansach mogłabym żyć. Zamek, wspaniałe bale oraz oczywiście ja i mój książę... yyyy... Mój książę? Przecież my nawet nie byliśmy parą... To skomplikowana relacja. Opierała się chyba głównie na byciu w pobliżu siebie. Nie potrzebowaliśmy słów, tylko kontaktu z drugą osobą. Każde spojrzenie, uśmiech, dotyk sprawiał, że czuliśmy się w pewien sposób ze sobą powiązani. Jakby między nami istniała niewidzialna, magiczna wieź. Niby dwa oddzielne światy, ale jednak czasami się łączyły i nawzajem dopełniały. Ta definicja w ogóle nie pasowała do standardowej "miłości". Więc co to było?

~*~
Czując pod głową miękkość poduszki, powoli otworzyłam zaspane oczy. Z tego co pamiętałam nie powinnam leżeć teraz sama, tylko z Danielem i Linsey. Dlaczego ich tu nie było? Czyżbym mój sen trwał aż tak długo? Chcąc, czy nie chcąc, podniosłam swoje ciężkie ciało i ruszyłam na dół, uważając żeby nie potknąć się o własne stopy. Z rana nigdy dobrze nie kontaktowałam z otoczeniem. Gdy stanęłam na końcu korytarzu, wychyliłam się lekko, by odnaleźć na parterze moje zgóby. Widok, który zastałam, wywołał na mojej twarzy niemały uśmiech. I siostra, i szatyn siedząc na puszystym,  zapewne milutkim dywanie, oglądali przygody Scooby'ego.
Co chwila któreś z nich wybuchało śmiechem. Nie musiałam długo czekać, by mnie zauważyli, gdyż po pierwszym kroku na schodach, ich głowy zwróciły się w moją stronę.

- Cześć śpiochu- przywitał się chłopak, podnosząc do góry kąciki swoich ust.  Musiałam przyznać, że wyglądał teraz tak słodko. Te lekko przymróżone oczy i rozczachrane włosy, rozchodzodzące się na różne strony sprawiały, iż szatyn przypomniał trochę małe bezbronne dziecko. Było można spostrzec, że mimo układania swej fryzury, ona nadal się buntowała. Włosy chłopaka potrzebowały po prostu czegoś mocniejszego, na przykład wytrzymałego lakieru. O! To by się naprawdę dobre.

- Yhyym- przytaknęłam, jeszcze nieobecna i usiadłam obok nich, opierając głowę o ramię motocyklisty. Powieki same opadały, a ja próbowałam za wszelką cenę trzymać je otwarte. Zdecydowanie mało snu mi nie służyło.

- Mamy dla ciebie pyszne śniadanie, prawda Lins? - Daniel odwrócił się do siostry i zmierzwił jej włosy. Ona uśmiechnęła się i zrobiła to samo, ale była tak mała, że musiała wstać, by dostać się do czupryny szatyna. Następnie usiadła na jego kolanach. Wyglądali jak prawdziwe rodzeństwo. Cieszyło mnie, że tak dobrze się dogadywali.

- Taak! Ja pomagałam!-  wykrzyknęła Linsey, jednocześnie wyciągając do góry prawą rękę. Była teraz w swoim żywiole, taka radosna. Czasami naprawdę potrafiła dać w kość. W końcu "cicha woda brzegi rwie". Niby to słodka i mała dziewczynka, ale gdy na przykład zaczynała biegać po całym domu, czy skakać po łóżku, nie dało jej się tak łatwo zatrzymać.

- W takim razie ja zaprowadzę Amelię do kuchni, a ty opowiesz mi, co zdarzyło się dalej, bo nie chcę przegapić całego odcinka- zaproponował Daniel, spoglądając na małą i wskazując na telewizor. Oczywiście ona nie mogła się nie zgodzić, więc twierdząco pokiwała główką i wróciła do oglądania bajki. Natomiast my udaliśmy się do pomieszczenia, gdzie czekał na mnie talerz pełen omletów. Na dobra, było ich tylko trzy, ale za to ogromne. Usiadłam przy kuchennej wyspie w ten sposób, że miałam świetny widok na krzątającego się chłopaka. Zajadając się wyśmienitym posiłkiem, starałam się jednak unikać jego wzroku.

- Mam coś dla ciebie- szatyn przerwał ciszę i podał mi mój telefon. Od razu wzięłam go w swoje ręce i sprawdziłam, czy wszystko było na swoim miejscu. Na szczęście mój mały sprzęcik nic a nic się nie uszkodził. 

- Skąd go... ? 

- Z twojej komody. Już wszystko jest na miejscu. Poza tym twoi rodzice myślą, że jesteś u Julie- uśmiechnął się lekko i oparł się o mebel naprzeciwko, zaplatając jednocześnie ręce na wysokości klatki piersiowej. Byłam zaskoczona, że  chłopak zrealizował to w tak krótkim czasie. W dodatku pomyślał o wszystkim, nawet o uspokojeniu rodziców. Na pewno miał swoich tajnych pomocników, o których istnieniu się już przekonałam, ale na razie nie zamierzałam w to wnikać. Tak było dobrze i nie chciałam teraz tego psuć.

- Dzięki - również posłałam uśmiech Danielowi, kończąc swoje śniadanie. Następnie odblokowałam telefon specjalnym szyfrem - na pewno nie 1234 xD, zawsze wolałam znaki- i ujrzałam kolejną wiadomość od nieznanego numeru. Bałam się ją nawet otworzyć.
W końcu jednak to zrobiłam. Nie chciałam sprawdzać, co by się stało, gdybym ją pominęła i usunęła.

'Tym razem ci się upiekło księżniczko xx 
Wszystko dzięki twojemu chłoptasiowi. 
Ps. Pozdrów naszego kochanego Danielka!
Ciekawe, kiedy w końcu powie ci prawdę.'

Po przeczytaniu smsa, coś się ze mną stało. To tak jakbym nie czuła w ogóle własnego ciała. Wszytko działo się jak za mgłą. Emocje wzięły górę. Już niczego nie kontrolowałam. Niczego.
Wybiegłam.
Po prostu wstałam i ruszyłam przed siebie, aby dotrzeć gdziekolwiek. Najlepiej do miejsca zapomnienia wolnego od wszelkich zmartwień.

"(...)Zawsze marzyłam, żeby być ptakiem. Być tam, gdzie tylko zapragnę, szybować w podniebiach, niczym się nie martwiąc, cieszyć się wolnością... Może to banalne, bo wszyscy tak mówią, ale czasem czuję, że to nie moje życie, że zostałam wplątana w dziwny zbieg wydarzeń. To taki sen, z którego już niedługo się wybudzę. Wszystko będzie po staremu. Zobaczę tych wszystkich, których straciłam, a oni znowu ochrzanią mnie za to, że oglądam tyle horrorów po nocach i dlatego wariuję. Przytulą, uśmiechną się i cały świat wróci do normalności. Ale później uświadamiam sobie w jakim tkwię bagnie. Tak, to dobre określenie. Staram się przystosować do każdej sytuacji, aż w końcu gubię samą siebie. Nie wiem kim jestem, co tutaj robię. Pragnę zapomnieć, ale czy powinnam?(...)" *

* - tak mnie natchnęło :D planuję wykorzystać ten urywek w dalszej części opowiadania, ale na razie nic więcej nie zdradzam. Cierpliwości!
 ________________________________
Ajm bak! (= I'm back! )
Oj kurczaczki! Długo mnie tu nie było...
 Nawet nie wiecie, jak mi WAS BRAKOWAŁO! ♥
Cały czas siedzę tylko nosem w książkach, DOSŁOWNIE i czasem jak mam chwilę to otwieram notatnik w telefonku i piszę (najczęściej po nocach).
Wiedziałam, że w drugiej klasie (i jeszcze na biol-chemie) będzie CIĘŻKO, ale nie sądziłam, że aż tak BARDZO :O 
Normalnie NIE MAM własnego życia, tylko nauka :(
Cholernie mnie to wkurza!
DLATEGO proszę wszystkich o wyrozumiałość ;)
Co do ROZDZIAŁU to od razu widać, że NIE wyszedł dobrze. Jest taki ZWYCZAJNY, nic się nie dzieje. Postaram się to zmienić w kolejnych. Jak mi się uda...
Z góry przepraszam za wszystkie błędy, literówki itp.
DZIĘKUJĘ też WAM WSZYSTKIM, że nadal ze mną jesteście i mnie wspieracie, choć bywa różnie.
TAK MOCNO WAS KOCHAM!<333
Do następnego! xx (mam nadzieję)
Ps.: Jeśli chcecie być na bieżąco z nowymi rozdziałami, dołączcie do grupy: Opowiadanie "Przypadek czy przeznaczenie?" (klik w link). Możecie też dzielić się swymi opiniami na temat nowych rozdziałów na twitterze - luknijcie na prawy pasek boczny :)
A! I obiecuję, że na wszystkie nowe nominacje LBA odpowiem niebawem!  Dziękuję za docenienie mojej pracy :*
PAPAPAPAPAPA! LECĘ do polskiego, biologii i angielskiego! Trzymacie kciuki, żebym dała radę się wszystkiego nauczyć! (pewnie znowu będę siedzieć do 24 xP)

środa, 5 sierpnia 2015

Rozdział 11

Siedziałam skulona obok łóżka, pozwalając łzą swobodnie wypłynąć na zewnątrz. Kołysząc się lekko w przód i w tył z zamkniętymi oczami, przeniosłam się do równoległego świata, gdzie nie istniało zło i ból. Ciemność przede mną i spokój, które zaraz mnie ogarnęły były niczym wybawienie. Nie chciałam by to się kończyło. Chociaż do drzwi cały czas dobijał się Daniel, ignorowałam go i wszystką energię skupiałam na nie myśleniu o niczym. Pozbawienie jakiegokolwiek wspomnienia graniczyło z możliwością. W dodatku chłopak nie ustępował...

- Amelka wiem, że tam jesteś. Przepraszam, okej? Nie chciałem, żeby tak to wyszło, ale musiałem się o tym dowiedzieć. Później to zrozumiesz.Otwórz drzwi- usłyszałam tłumaczenie szatyna zza ściany. Nie zamierzałam wierzyć w jego kolejne marne słowa, które nic konkretnego nie mówiły, a tym bardziej wykonywać jego poleceń. Znowu zostałam z... niczym. Powoli wątpiłam w ten duży sekret, o którym mówił motocyklista. On po prostu się mną bawił.
Cisza naprawdę daje człowiekowi do myślenia. Na pewno więcej niż niewarte usprawiedliwienia.

- Źle zrobiłem, że wydobyłem to od ciebie w taki sposób, ale nie zostawiłaś mi wyboru. Proszę, wpuść mnie do środka - prośby ze strony Daniela nie ustępowały.
Natomiast ja nadal patrzyłam w drzwi naprzeciwko i zbierałam siły, żeby odprawić chłopaka raz na zawsze. Nie miałam ochoty z nim teraz rozmawiać. Nie miałam ochoty rozmawiać z kimkolwiek. Cały świat, choć na chwilę, mógłby zostawić mnie w spokoju.

- Odejdź... odejdź stąd - wykrztusiłam w końcu z siebie, ale z wielkim oporem. Nie łatwo mi było rozmawiać na temat tamtej nocy, a później utrzymywać zdrowy rozsądek. Tak się w ogóle dało? Na raz spadły na mnie wszystkie zmartwienia i problemy, które chciałam ukryć. Czy temu mogłam podołać? Nie byłabym tego taka pewna.

- Nie ma mowy. Nie zostawię cię samej. Nigdy - mocno podkreślił ostatnie słowo, jakby chciał upewnić mnie, że było ono prawdziwe. W duchu dziękowałam szatynowi za jego wielki upór, lecz dalej nie wiedziałam, czy był osobą godną zaufania. Ktoś powiedziałby, że potrzebowałam go bardziej niż kiedykolwiek, gdyż nie miałam nikogo innego, kto służyłby mi pomocą w tej pokręconej sprawie. Jednak kiedy pragnęłam iść naprzód z naszą znajomością, Daniel robił coś, po czym od razu zmieniałam zdanie. Mimo, iż odpychałam motocyklistę tyle razy, on do tej pory nie ustąpił. Czy z nim było coś nie tak? A może ze mną?

W końcu podniosłam się z podłogi i szybkim, gwałtownym ruchem otworzyłam drzwi. Stanęłam z nim oko w oko. Resztkami wolnej woli próbowałam zachować trzeźwość umysłu i wypowiedzieć wcześniej zaplanowane kilka zdań.

- Dlaczego po prostu nie pójdziesz? Nie masz tu już czego szukać. Dostałeś to, co tak bardzo chciałeś. A o mnie... O mnie się nie martw - skończyłam swoją przemowę, a chłopak zamiast odejść, zwinnym ruchem podszedł do mnie i przygarnął do siebie.
Stałam zaskoczona, próbując zrozumieć obecną sytuację. Znowu odprawiłam szatyna, a on za to mnie przytulił. Coś było nie tak... Chociaż bardzo potrzebowałam poczucia  bezpieczeństwa to jednak jak najszybciej musiałam się odsunąć, by nie pozwolić na przewagę motocyklisty. Słaba i bezbronna nie miałabym z nim szans, gdyby okazało się, że on też był moim prześladowcą. Nie mogłam się do niego przywiązać. Historia ze Scottem nie mogła się powtórzyć.

Dlatego, by przerwać uścisk, ułożyłam ręce na jego klatce piersiowej i zaczęłam odpychać Daniela, na co on umocnił uścisk, zamykając mnie szczelnie w swoich ramionach. Natomiast ja próbowałam dalej, uderzając pięściami w to samo miejsce, co wcześniej. Nic nie skutkowało. Szatyn był jakby z żelaza. Przy nim stawałam się bezsilna.

- Spokojnie, kochanie. Nie pozwolę, by coś ci się stało. Nikt cię już nie skrzywdzi, obiecuję- po tych słowach momentalnie zaprzestałam swoich dotychczasowych czynności i zostałam w bezruchu, przetwarzając w głowie ostatnią wypowiedź motocyklisty. Mówił to tak szczerze, że nie mogłam mu nie uwierzyć. Powoli zaczęła zalewać mnie fala spokoju. W jego przysiędze było zawarte wszystko, czego w tamtym czasie potrzebowałam. Miałam kogoś, kto chciał troszczyć się o mnie jak osobisty anioł stróż. Teraz, kiedy powiedział to, patrząc mi głęboko w oczy, zrozumiałam, że nie żartował. Daniel powoli odzyskiwał moje zaufanie, a za tym szło coś więcej...
Kiedy poczułam jego usta na moim czole, składające pełen emocji, a zarazem delikatny jak podmuch wiatru pocałunek  wtedy już byłam pewna. Byliśmy w tym razem i razem dotrwamy do końca.

- Amelia? - dotarł do mnie cichy głosik Linsey, która znalazła się obok nas. Tylko, że ja w ogóle nie słyszałam jej kroków. Musiała iść naprawdę bezgłośnie albo moja osoba przestała już kontaktować ze światem. Gdy ją zauważyłam, prędko odsunęłam się od chłopaka i szybkim ruchem wytarłam jeszcze widoczne łzy na policzkach. Siostra nie mogła widzieć mnie w takim stanie.

- Tak, malutka? - odezwałam się po krótkim czasie, próbując zabrzmieć naturalnie. Oczywiście tak dobrze udawać nie umiałam. Na szczęście Lins nie zauważyła mojego zająknięcia. Czyżby jej bajka się już skończyła i domagała się obiadu, którego jeszcze nie zrobiłam? Zajęta przez motocyklistę, całkowicie o tym zapomniałam. Moje myśli krążyły wokół wszystkiego, tylko nie spaghetti. Mam nadzieję, że Linsey mi wybaczy i pomoże w gotowaniu.

- Jakiś pan zadzwonił do drzwi i kazał ci to dać-  oświadczyła dziewczynka, podając mi dużą kopertę. Westchnęłam głośno. Kurier nauczyłby się w końcu nie przekazywać przesyłek dzieciom. Zawsze to samo. I jeszcze te jego głupie, bezsensowne tłumaczenia, że się wtedy bardzo, ale to bardzo spieszył. Nienawidziłam tego.

Kiedy odebrałam paczkę od Lins, zerknęłam na jej przód, by sprawdzić odbiorcę. Okazało się, że byłam nim ja. Nie przypomniałam sobie, żebym zamawiała coś w sklepie internetowym czy z kimś korespondowała. Choć mógłby być to zarówno list od babci czy cioci- kogoś z rodziny. Dziwnym wydawało mi się to, iż nie znalazłam żadnego adresa, jakby osoba chciała pozostać anonimowa. Nie myśląc dłużej, otworzyłam, a raczej rozerwałam kopertę i wyjęłam z niej list złożony na kilka części. Po jego rozłożeniu, dokładnie wczytałam się w całość przesłania:

'Stęskniłaś się za nami? Bo my bardzo!
Mamy dla ciebie kolejną świetną zabawę!
Instrukcja gry:
Za każdym razem będziesz dostawać kopertę ze swoim zadaniem. Jeśli je wykonasz, będziesz żyć, a jeżeli jednak nie to... - wiesz o co chodzi. Oczywiście nie możesz się wycofać. I pamiętaj, że posiadasz tylko jedno życie.
Etap I:
Masz 30 sekund na ucieczkę z domu pełnego trującego gazu.
Czas start!  '

O co chodzi?! Jakiego ga...
Jak na zawołanie usłyszałam dziwny, dość głośny syk pochodzący z różnych miejsc w domu, jakby naprawdę coś ulatniało się do powietrza. To nie były żarty. Od razu wiedziałam, kto był nadawcą listu...

- Co jest? - szatyn nie mógł ukryć swojego zmieszania. Był zdziwiony tak bardzo jak ja. Musiałam mu powiedzieć. Teraz. Zaraz. Natychmiast.

- To oni! To oni i ich następna gierka! Chcą nas udusić! - przerażona krzyczałam jak najgłośniej. Starałam się przekazać mu najważniejsze informacje w jak najkrótszym czasie. Nie mogliśmy zostać tu ani chwili dłużej. Nie musiałam dłużej tłumaczyć wszystko motocykliście, bo wystarczyło kilka słów, by pojął, o czym mówiłam. Gaz zaczął wypełniać dom, a także pomieszczenie, w którym się znajdowaliśmy.

- Wychodzimy stąd! Już! Biegiem! - rozkazał, biorąc siostrę na ręce i udając się w stronę schodów i wyjścia. Ruszyłam za nimi, lekko przysłaniając dłonią nos, gdyż do moich nozdrzy zaczął dochodzić duszący i niezwykle ostry zapach. Biegliśmy ile sił w nogach.

- Zakryj buzię! - chłopak poinstruował Linsey i przycisnął ją do siebie, by mógł szybciej się poruszać. Każda sekunda miała znaczenie. Kiedy znaleźliśmy się przed drzwiami, Daniel próbując je otworzyć, pociągnął za klamkę. Były zamknięte. Zamknięte! Przecież dobrze pamiętałam, że nie przekręcałam kluczyka, a nawet zostawiałam go w zamku. Oczywiście tam też nic nie było. Ktoś na pewno musiał je wziąć. Zapach w powietrzu nie pozwalał mi normalnie oddychać. Kasłałam i łapczywie łapałam tlen, który był mi teraz tak bardzo potrzebny. Słyszałam, że szatyn i Lins też zaczynają mieć problemy z oddychaniem.

- Cholera! Okno! Gdzie masz najbliższe okno?!- zapytał podniesionym głosem. Szybko przypomniałam sobie o wyjściu na taras. Pobiegłam przodem, a oni za mną. Wszyscy już dusiliśmy się od tego gazu. Jeśli drzwi się nie otworzą, nie będzie już dla nas nadziei. Jeszcze chwila, a nie mogłabym oddychać! Biegnij! Biegnij!

Po dotarciu w wyznaczone miejsce, prędko szarpnęłam za klamkę. Kuźwa! Znowu nic!
Obok mnie od razu pojawił się Daniel, przekazując mi siostrę. Otuliłam ją moimi rękami i resztkami sił głaskałam ją po włosach. Jedyną rzeczą, którą słyszeliśmy były nasze naprzemienne kasłania. Czułam, że dłużej nie dam rady. Mój organizm wypełnił nieznany mi dotąd trujący gaz. Jednak musiałam sobie poradzić, dla Linsey.

Kiedy szatyn z całych sił naparł na drzwi, również uderzając w nie swoim ciałem, one ustąpiły pod jego naciskiem. Wszyscy poczuliśmy ożeźwiający podmuch wiatru. Motocyklista puścił nas przodem, a my pośpiesznie opuściłyśmy ten przeklęty dom. Od razu po wyjściu na otwartą przestrzeń, z wyczerpania rzuciłam się na ziemię, tak samo jak moja siostra. Jedyny Daniel nie leżał obok nas, tylko stojąc, oparł ręce na kolanach i głęboko wdychał powietrze.

- Je... steście całe? - zapytał na jednym tchu, patrząc się na nas. Pokiwałam twierdząco głowę, bo nie mogłam wydusić żadnego słowa. Natomiast Lins nadal odpoczywała na leżąco. Widziałam tylko, jak jej brzuch unosił się w górę i powoli opadał. Gdy wzięłam jeszcze kilka wdechów, powoli podniosłam się i doczołgałam do małej, by sprawdzić czy wszystko z nią w porządku. Na szczęście miała otwarte oczy, a większych ran nie zauważyłam. Po prostu ona też musiała uzupełnić swój niedobór tlenu. Na jej twarzy wymalował się strach.

Podniosłam ją do pozycji siedzącej i przyciągnęłam do siebie.  
Teraz Linsey mogła się wypłakać. Wiedziałam, że tego potrzebowała, bo dla takiej dziewczynki przeżyć było zbyt dużo jak na jeden dzień. Kiedy tak tuliłam
siostrę, chłopak podszedł do nas od tyły i objął ramionami, lekko kołysząc w różne strony.

- Już dobrze. Wszystko jest w porządku-  powtarzał w kółko, pocieszając nie tylko Linsey, ale też i mnie. W końcu nie byłam w najlepszej formie. Ostatnio wszystko naprawdę wróciło do normalności, a teraz... bum! Kolejne zło spadło na moją osobę. To była jakaś klątwa? Przecież takie rzeczy zdarzały się wyłącznie w filmach. Najwyraźniej moje życie to czysty thriller. Już miałam nadzieję, że się tego pozbyłam, a tu znowu to samo... Czy ja im coś zrobiłam, że tak mnie męczyli? Czy zasłużyłam na takie traktowanie? Jeszcze do tego narazili nie tylko mnie, ale siostrę, która była najważniejsza.

- Musimy iść. Nie możemy tu zostać, bo bylibyśmy łatwym celem. Przecznicę stąd mam samochód. Chodźmy- oznajmił szatyn, wstając i pomagając nam się podnieść. Lekko się chwiejąc, starałam utrzymać się na własnych nogach przez co wpadłam na motocyklistę, który na szczęście mnie złapał. To była po prostu mała chwila słabości.

Gdy się wyprostowałam i utwierdziłam Daniela, że potrafię sama chodzić, ruszyliśmy do jego pojazdu. Chłopak niósł siostrę na rękach, a ja trzymałam się blisko nich. Mała zawiesiła ręce na szyi szatyna i oparła głowę na jego ramieniu. Razem wyglądali tak słodko, że w innych okolicznościach zrobiłabym im zdjęcie. Jednak teraz nawet nie brałam tego pod uwagę. Po kilkunastu minutach byliśmy na miejscu. Lins zdążyła już zasnąć, więc po otworzeniu samochodu, szatyn delikatnie położył ją na tylnym siedzeniu. Ten fakt mnie nie zdziwił, bo dziewczynka była naprawdę zmęczona. Mnie również powoli zamykały się oczy. Kiedy usiadłam z przodu jako pasażer, gdyż tak kazał mi motocyklista, on sam został na zewnątrz i wyjął z kieszeni telefon. Wystukał w nim ciąg liczb po czym przyłożył aparat do ucha. Dobrze, że jego drzwi były uchylone, gdyż mogłam dużo usłyszeć z jego rozmowy.

- Kod osiem. Sprawdźcie to jak najszybciej. .... Nie obchodzi mnie, że macie inne plany, to jest ważniejsze! ... Oni o niej wiedzą! Pewnie planowali to od kilku miesięcy. ... Prawie zginęliśmy! ... Tak, zabieram je do siebie i nie puszczę dopóki nie dacie mi sygnału. Ale pośpiesznie się! Nie mamy tak dużo czasu! - krzyczał zdenerwowany do komórki. Gdy wysłuchał osoby z drugiej strony, zakończył połączenie i gwałtownie wsiadł do pojazdu. Widziałam, że był naprawdę wkurzony, więc wolałam się nie odzywać. Cisza wypełniała całą przestrzeń i nas.

Po odpaleniu silnika, Daniel jakby trochę się uspokoił. Może przypomniał sobie, że nie był sam, tylko z nami? Jechaliśmy w nieznanym mi dotąd kierunku, ale nie zadawałam zbędnych pytań, bo ufałam chłopakowi. Po tym co zrobił dla mnie i Lins, nie miałam co do niego wątpliwości. On chciał nam pomóc, pomóc mi, więc jak mógłby być w zmowie z tamtymi mężczyznami?
Nasza jazda trwała już z piętnaście minut, a celu jeszcze nie było widać. Ciekawiło mnie tylko, dokąd miał zamiar zabrać nas szatyn. Czyżby do swojego domu? Przecież nigdy o nim nie wspomniał. Właściwie wiele o sobie nie mówił.

- Jesteśmy- rzekł, kiedy zaparkował samochód przed brązowym budynkiem i zgasił silnik. Rozejrzałam się dookoła i ujrzałam przed sobą wielki dom. Naprawdę był ogromny i w dodatku piękny. Aż ciekawiło mnie, co znajdowało się w środku. Po wyjściu z pojazdu, zdezorientowana spojrzałam na chłopaka, który ponownie brał na ręce śpiącą siostrę. Czyżby na pewno ta posiadłość należała do niego?

- Witam w moim domu. Zanim wyciągniesz pochopne wnioski, moi rodzice są szychami w Butzel Long - wyjaśnił, widząc moje zaskoczenie. Mogłam się spodziewać, że sam by czegoś takiego nie kupił. Przecież był niewiele starszy ode mnie. Musiałby być jakimś sławnym sportowcem albo aktorem, co w dzisiejszych czasach i tak graniczyło z cudem. Żeby wybić się gdziekolwiek, trzeba było mieć kontakty. To podstawa. Gdy motocyklista przekonał mnie do swoich racji i nie znalazłam innych możliwości, poddałam się, rezygnując z dalszego przesłuchania. Na dzisiaj i tak mi wystarczyło. Marzyłam tylko o gorącej kąpieli, by wyciszyć myśli i łóżku, bo dosłownie padałam z nóg.

Szatyn przekręcił w zamku klucz i razem weszliśmy do jego domu. Wewnątrz dominowały spokojne, jasne kolory. Wszystko nawzajem siebie dopełniało włącznie z obrazami na ścianach i meblami. Pomieszczenia były urządzone tak pięknie, jakby robił to najznakomitszy projektant. Ponadto wszędzie panował ład i porządek. Jeśli przystałoby mi tutaj mieszkać, nie ruszyłabym się stąd nawet na krok.

- Pokaże ci wasz pokój- oświadczył Daniel, co oznaczało, że miałyśmy zostać w jego domu na dłużej. Zaczęłam trochę się denerwować, bo nie wiedziałam, jak poinformować o tym rodziców, którzy zamartwialiby się całą noc. Musiałam poprosić chłopaka o telefon, gdyż swój zostawiłam u siebie. Motocyklista zaprowadził mnie na pierwsze piętro i w głąb korytarza po czym otworzył ostatnie drzwi po prawej. Duże, dwuosobowe łóżko i kilka masywnych mebli idealnie wpasowało się w beżowy kolor ścian. Widok łazienki, połączonej z pokojem, sprawił, że byłam w siódmym niebie. Wszystko w tym pomieszczeniu nazwałabym jak z bajki, bo tylko królewny mieszkały w takich pałacach.
Kiedy ja oglądałam z zachwytem pokój, szatyn położył Linsey na łóżku i przykrył cienkim kocem. Następnie odwrócił się i podszedł bliżej mojej osoby, stając naprzeciwko.

- Rozumiem, że możesz być na mnie zła. Rozumiem, że możesz się do mnie nie odzywać. Rozumiem, że możesz nawet nie chcieć tu zostać, ale... - mówił półszeptem, patrząc mi głęboko w oczy, lecz szybko mu przerwałam.Położyłam palec na jego ustach, uciszając tym samym Daniela.
 Na pewno czuł się winny doprowadzenia mnie do skraju wytrzymałości. Jednak teraz myślałam o tym całkowicie inaczej, bo gdyby nie to, tłumiłabym całą tą historię w sobie jeszcze długo i długo. Powierzenie mu wszystkiego sprawiło, że w końcu miałam kogoś, z kim mogłam o tym porozmawiać.

- Dziękuję... za wszystko- odezwałam się po chwili i subtelnie, powoli musnęłam wargami jego policzek. Do końca nie byłam pewna swoich poczynań, gdyż działałam impulsywnie. Lecz ten niewinny pocałunek miał być wynagrodzeniem za każdą pomoc, jaką od niego otrzymałam, za każdorazowe ratowanie z opresji, za wszystko, co dla mnie zrobił. Był tego wart i zasługiwał na chociaż moment uznania.
Z motocyklistą przy boku miało stać się łatwiej.
Chciałabym bardzo, żeby tak naprawdę było...

___________________________
DODAJEMY! DODAJEMY JAK NAJSZYBCIEJ!
Już 21:47 a jutro trzeba wstać po 4:00 RANO! Tak, rano!
Chciałam wstawić rozdzialik DZISIAJ, bo później naprawdę nie miałabym kiedy ;)
Najpierw piesza pielgrzymka, a potem kilka dni wakacji z rodzicami.
To wszystko oznacza, że mój czas na pisanie zminimalizuje się do minimum, NIESTETY.
Wiecie, co MISIE? Mam nadzieję, że nie zepsułam tej części. Powiem Wam, że podoba mi się :3
Tylko końcówka taka sobie...
JEŻELI ZAUWAŻYLIŚCIE (na pewno!) pojawiła się aplikacja z twitterem ^_^ Jeej! Wszystko dzięki forum blogowemu. Polecam!
Mam nadzieję, że skorzystacie z tej nowości. Będzie mi NIEZMIERNIE miło, jeśli zobaczę Waszą aktywność na tym portalu ♥ Pamiętajcie, że naszym ZNAKIEM jest #PczyP?
Ponadto możecie DZIELIĆ SIĘ tym blogiem z przyjaciółmi czy znajomymi. Po prostu polecać go innym ;)
Takim sposobem powiększylibyśmy naszą "PRZYPADKOWĄ" RODZINKĘ ♥
DZIĘKUJĘ ZA WSZYSTKO CO ROBICIE DLA MNIE I TEGO BLOGA! :-*
Myślę, że tym razem pojawi się tutaj więcej komentarzy niż ostatnio.
WIEC piszcie, twittujcie (czy jakoś tak) i czytajcie!
KOCHAM WAS! ♥
Wasza Isia

niedziela, 19 lipca 2015

Rozdział 10

~*~
Wstałam przed ósmą jak co rano od miesiąca i odsłoniłam żaluzje w oknach. Słońce nie szczędziło dzisiaj swego blasku, więc od razu zostałam oślepiona przez mocną dawkę światła. Przymrużyłam oczy, po czym je przetarłam, przeklinając w myślach kolejną nieprzespaną noc. Nie byłam pewna, jak długo jeszcze mogłam to ciągnąć. Miałam nadzieję, że koszmary już się skończyły, bo od jakiegoś czasu nie dawały o sobie znaku, a jednak się przeliczyłam. Znowu ten sam sen, który zawsze kończył się w tym samym momencie. To stało się nie do zniesienia. Trzeba było tylko czekać, kiedy moja psychika zacznie szwankować. Przez to całe zamieszanie ledwo co stałam na nogach. Ten dzień nie zapowiadał się zbyt dobrze.

Nie chcąc spóźnić się do pracy, odwróciłam się na pięcie i powolnym krokiem doszłam do szafy. Ubrałam pierwsze lepsze szorty oraz t-shirt i ruszyłam do łazienki. Mizerne odbicie w lustrze wydawało się być mną, choć nie do końca. Podkrążone oczy i powieki, które co chwilę opadały, by następnie szybko się podnieść wskazywały o naprawdę małej ilości snu. Za wszelką cenę musiałam to ukryć, więc kosmetyki były tu niezbędne. Kiedy lustrzana ja bardziej przypominała uśmiechniętą i wesołą dziewczynę, mogłam udać się do kuchni po mocną kawę, która powinna postawić mnie na nogi.
W związku z tym, że standardowy rok szkolny kończył się za pół miesiąca, wokół stołu zgromadziła się już cała rodzina. Linsey jadła swój ulubiony przysmak- płatki z mlekiem, tata pił kawę, siedząc głową w gazecie, a mama, zresztą jak zwykle, krzątała się po pomieszczeniu niczym kulinarna mistrzyni, przygotowując śniadanie dla każdego. Gdy przywitałam się z wszystkimi, nastawiłam wodę w czajniku, a do kubka wsypałam dwie czubate łyżeczki czarnego proszku. Następnie usiadłam obok siostry, gdzie stał talerz pełen sałatki greckiej przygotowanej dla mnie przez rodzicielkę. Podczas jedzenia drażniłam się z Lins, co nie uszło uwadze taty, który prawie zawsze się do nas dołączał. Tym razem urządziliśmy zawody polegające na najszybszym opróżnieniu swojej porcji. Oczywiście zwycięzcą nie mógł być nikt inny jak Linsey, gdyż po tajemnej wymianie naszych specjalnych znaków z tatą, ustaliliśmy, że damy jej wygrać. Robiliśmy tak czasem, by mała nie czuła się gorsza i chciała bawić się dalej w te dziwne konkursy. Wszyscy zachowywaliśmy się jak dzieci, ale przynajmniej rozśmieszaliśmy tym mamę.

Po skończonym posiłku zalałam i wypiłam przygotowaną kawę, która w niewielkim stopniu dodała mi energii. Potem już nie pozostało mi nic innego jak udanie się do Covent Garden na poranną zmianę.

Dokładnie od trzydziestu dni pracowałam wyłącznie do godziny piętnastej. Dlaczego? Po sytuacji, gdy niewiele brakowało, a zostałabym zgwałcona, mój tok myślenia obrócił się o 180 stopni. W nocy nie chodziłam sama po mieście, a nawet będąc z Julie, rozglądałam się bojaźliwie w poszukiwaniu podejrzanych ludzi. Tym bardziej nie było mowy o pracy do dwudziestej drugiej. Tłumaczyłam szefowi i współpracownikom, że opiekowałam się młodszą siostrą, gdyż nikogo nie było wtedy w domu. Tak, kłamałam. Ale jakie miałam wyjście? 

Jedyną osobą, która nie była przekonana co do mojego usprawiedliwienia był Ashton. Może nie znałam go tak długo jak na przykład Suz, ale od początku się ze sobą zżyliśmy. On jeden z całej obsługi przeczuwał, że coś nie było w porządku. Na początku wypytywał mnie, oferował pomoc i wsparcie, ale ja zapierałam się i nadal obstawałam przy swoim. Pierwsze dni były najgorsze. Wyglądałam jakby wyssano ze mnie ostatnie tchnienie życia. Nie potrafiłam się uśmiechać, co w towarzystwie Asha nie mogło przejść. Od czasu do czasu na siłę podnosiłam kąciki moich ust do góry, by zbytnio nie wzbudzać podejrzeń. Może nie było to wiarygodne, ale naprawdę się starałam. Na szczęście on rozumiał fakt, że nie chciałam o tym rozmawiać, bo w końcu odpuścił. Choć nadal podejrzliwie mnie obserwował, to wolałam tą opcję niż ciągłe pytania, czy wszystko ok. Powoli sytuacja się uspokajała, a ja wracałam do siebie. Kiedy kilka dni po spotkaniu z mężczyznami zadzwonił do mnie sierżant Miller z zapytaniem o powód niestawienia się na komisariacie, skłamałam , że wyjechałem do ciężko chorej cioci, żeby jej pomóc. Wolałam wykręcić się od tego spotkania niż wyznać całą prawdę, która mogła pociągnąć mnie na samo dno.  Chciałam żyć normalnie- tak jak wcześniej. Przez ten miesiąc nawet mi się to udawało, bo nie znalazłam żadnej pogróżki i bez żadnych przeszkód wracałam do domu, a moja rana prawie całkowicie się zagoiła. Czułam się trochę lepiej, chociaż i tak wydarzenia z tamtej nocy musiałam zostawić tylko dla siebie. W dużej mierze to, że nie zwariowałam zawdzięczałam przyjaciołom, którzy, może nawet sami tego nie wiedząc, podnosili mnie na duchu, gdy bardzo tego potrzebowałam. Po tym jak poznałam Ashtona z Julie, spotykaliśmy się często całą paczką (w czwórkę) i mile spędziliśmy czas. Doskonale się razem dogadywaliśmy, co wcześniej mogło być nie do pomyślenia. 

Czy Jul wiedziała, co mi się przytrafiło? Ode mnie na pewno nie, ale od początku coś podejrzewała. Człowiek w końcu nie zmienia się z dnia na dzień, a w moim przypadku właśnie tak było. Nawet jeśli starałam się tego nie okazywać, ona znała mnie na tyle, by jednym spojrzeniem ocenić, w jakim byłam humorze. Naprawdę chciałam jej to wszystko powiedzieć. Chciałam... Próbowałam już kilka razy, lecz zawsze, gdy do tego przechodziłam, włączała się moja blokada i odsuwałam to zagadnienie do najskrytszych zakątków podświadomości. Więc, gdy odprawiłam Brada, który zaprosił mnie na spotkanie (czyt. randkę), musiałam znaleźć jakieś sensowne wytłumaczenie dla przyjaciółki, która nakręciła się na moją "nową miłość". Nie było łatwo przekonać Julie, że chłopak do mnie nie pasował, ale w końcu się udało. Natomiast brunetowi obiecałam, że odezwę się, gdy znajdę czas.
Musiałam przyznać, że od tych trzydziestu dni kłamstwa wypełniały moje życie po przegi. Na każdym kroku pojawiały się nowe i nowe. Czasem były większe, a czasem małe przeradzały się w ogromne i powodowały podwójne kłopoty. Niby jedno niewinne kłamstewko, a tak duży problem. 

Prawie codziennie miałam chwilę słabości, kiedy to nie marzyłam o niczym innym, tylko o wyznaniu całej prawdy i uwolnieniu się spod tego ciężaru. Jednak zaraz po tym następowało zderzenie z rzeczywistością, gdzie kłamstwo stało się moim wybawieniem oraz rutyną, w której niestety tkwiłam.
Jeżeli chodziło o Daniela, to po nocy, w której ubłagałam go, by jednak ze mną został, widziałam go może z trzy razy. Nie zamieniliśmy ze sobą nawet jednego słowa, bo kiedy znajdowałam go przypadkiem w tłumie, on bardzo szybko znikał, sprawiając, że w mojej głowie pojawiały się wątpliwości, czy taka sytuacja na pewno miała miejsce. Co jakiś czas dostawałam od niego smsy, że gdybym chciała pogadać, zawsze mogłam napisać. Oczywiście nie skorzystałam z propozycji chłopaka, bo nie czułam takiej potrzeby. Zamierzałam całkowicie odciąć się od tej chorej sprawy, a w to wchodziło też unikanie motocyklisty. 

A co przerażało mnie najbardziej?
Uczucie, że mój piątek trzynastego jeszcze się nie skończył. 

~*~
Punktualnie o godzinie piętnastej opuściłam bar, wcześniej żegnając się ze współpracownikami i Ashem, który dopiero zaczynał swoją zmianę. Ruszyłam pośpiesznie w stronę szkoły Lins, by nie spóźnić się na jej ostatni, lekcyjny dzwonek. Odbieranie siostry było już codziennością, tak samo jak to, że dzięki temu rodzice nie musieli specjalnie rozplanowywać grafików w pracy. Na szczęście budynek, w którym uczyła się Linsey znajdował się po drodze do domu. Na dotarcie tam miałam zawsze trzydzieści minut i z pomocą cudownej komunikacji miejskiej udawało mi się to. Kiedy przed sobą zauważyłam pojazd numer 164, wyjęłam z torebki kartę, która pełniła funkcję mojego biletu. Będąc w środku przyłożyłam ją do odpowiedniego czytnika i nie zauważając wolnych miejsc siedzących, stanęłam przy oknie, by móc oglądać tętniące życiem miasto. Przez to, że zapatrzyłam się na ludzi, kręcących się ulicami, przejazd autobusem szybko mi zleciał. Gdy wysiadłam na dobrze znanym mi przystanku, do szkoły Lins zostało mi kilkaset metrów. Po dotarciu na miejsce, usiadłam na ławeczce, rozkoszując się chwilą spokoju i samotności. Kolejny zabiegany dzień dobiegał powoli końca. Lecz przecież o to właśnie chodziło - żeby nie mieć czasu na przemyślenia. Może taka metoda nie była zbyt dla mnie korzystna, ale z drugiej strony to dobry pomysł na zapomnienie o całym tym szaleństwie.

Mój odpoczynek nie trwał zbyt długo, bo z budynku zaczęły wybiegać dzieci, a gdzieś na końcu zobaczyłam moją siostrzyczkę rozstającą się z koleżankami. Podniosłam się z siedzenia i poszłam w stronę małej, która już do mnie biegła.

- Cześć Ami! - krzyknęła Linsey, będąc prawie przy mnie. Jak zwykle uśmiech nie schodził jej z buzi. Zresztą w dzieciństwie podobnie było ze mną. W końcu ten okres uważało się za jeden z lepszych w życiu, chociaż teraz doceniałam go bardziej niż kiedykolwiek. Ciągłe zabawy, nawiązywanie nowych i jakże trwałych przyjaźni oraz beztroska to najważniejsze zalety bycia dzieckiem. Szkoda, że teraz wszystko nie mogło stać się takie łatwe jak wcześniej.

- Hejka, kochanie. Co powiesz na lody czekoladowe? - zaproponowałam, wiedząc, że siostra je uwielbia. Sprawianie przyjemności innym, powodowało, że mi też poprawiał się humor. Po prostu od dawna wolałam dawać prezenty niż je otrzymywać. A tą cechę odziedziczyłam zapewne po mamie, która podczas każdej wigilii kazała otwierać upominki najpierw nam. To jakby taka rodzinna tradycja.

- Tak! Tak! Tak! - Lins w przypływie radości mocno się do mnie przytuliła, a ja kucnęłam, by ją objąć. Wsadziłam swój nos w jej włosy i poczułam owocowy zapach szamponu dla dzieci. Po prostu uwielbiałam tak robić. Młodsze rodzeństwo nie było takie złe, jak narzekali moi inni znajomi.
Gdy wstałam do pozycji pionowej, wzięłam siostrę za rękę i razem przeszłyśmy do najbliższej budki z lodami. Po zakupie dwóch dużych mrożonych przysmaków, zadowolone ruszyłyśmy w końcu do domu. 

- A co zrobimy na obiad? - zapytałam Linsey po drodze, gdyż z racji tego, że byłyśmy same, mogłyśmy przyrządzić to, na co miałyśmy ochotę. Ja niestety nie wpadłam na żaden pomysł, więc chciałam doradzić się siostrzyczki, która jednak cały czas jadłaby tylko jedno danie:

- Mmm... spaghetti? 

- Niech będzie- zgodziłam się, cicho się śmiejąc. Nie miałam pojęcia skąd u Lins takie zamiłowanie do makaronów i kurczaka, bo to najbardziej wybierała ze swojej porcji, ale na swój sposób to było słodkie. Widząc małą całą w sosie pomidorowym, nigdy nie mogłam powstrzymać uśmiechu. To dziecko pochłaniało czasem więcej niż ja, szczególnie jeśli chodziło o spaghetti. 

- Jesteś najlepszą, najcudowniejszą i najwspanialszą siostrą! Kocham cię Ami! - wykrzyknęła, gdy doszłyśmy prawie na miejsce. Naszą trasę pokonałyśmy zaledwie w piętnaście minut, podczas których zdążyłyśmy zjeść lody. Teraz zostało mi tylko przygotowanie obiadu i zajęcie czymś Linsey zanim położy się do łóżka. Można było powiedzieć, że ta część dnia wydawała się o wiele prostsza i nie wymagała ode mnie aż tyle wysiłku.

- Coś mi się chyba należy?- schyliłam się, aby dostać od Linsey soczystego buziaka w policzek. Następnie z siostrą u boku skręciłam w stronę naszego podjazdu, by potem dotrzeć do drzwi.
Pierwszym co rzuciło mi się w oczy po pokonaniu kilku drzew była postać siedząca na schodkach prowadzących do wejścia do domu. Pewnie znowu ktoś pomylił numery na osiedlu albo chciał wcisnąć kolejną ofertę kredytową. Dopiero po chwili zorientowałam się, że to nikt inny jak Daniel. Tylko co on tu robił? 

- Cześć - zaczął, kiedy byłyśmy przed nim. Potem wstał i uśmiechnął się do Lins.
Tak po prostu się przywitał, jakbyśmy znali się z jakieś dziesięć lat. Bo przecież my się nie nienawidziliśmy. Nie sprzeczaliśmy się o byle co. W ogóle się ostatnio nie unikaliśmy. Chociaż wrogami też nie byliśmy. Sama nie wiedziałam, co nas łączyło. Przyjaźń? Za mocne słowo. Ale jak dobrać to pasujące skoro wszystko było takie poplątane? 

- Cześć- odpowiedziałam chwilę później. Czułam się trochę niezręcznie, stojąc przed domem i normalnie z nim rozmawiając. Przez to, że dawno go nie widziałam, całkowicie odzwyczaiłam się od naszych kłótni i teraz nawet ciężko było mi wypowiedzieć chociaż jedno słowo. Jego wizyta całkowicie mnie zaskoczyła, bo miałam nadzieję, że ten rozdział w życiu już zamknęłam. Gdy oprzytomniałam, wzięłam siostrę za rękę i razem podeszłyśmy do drzwi. Zwinnym ruchem wyjęłam klucze i je otworzyłam. Nakazałam Linsey wejść do środka, a sama odwróciłam się w stronę motocyklisty, który nadal stał na tym samym miejscu i mi się przyglądał. Ciekawe jak wytłumaczę tą wizytę małej.

-Wejdziesz? - gestem ręki zaprosiłam chłopaka do domu, na co on pokiwał twierdząco głową. Wskoczył po schodkach i przeszedł obok mnie. Gdy zamknęłam za nami drzwi, zobaczyłam Lins i Daniela stojących w przedpokoju. Panowała cisza, zresztą nie wyobrażałam sobie innego scenariusza. W końcu nie mogłam dopuścić do tego, żeby siostra z nim rozmawiała, bo nie wiadomo, co chłopak by jej powiedział. Przecież ona przekazałaby wszystko rodzicom- jak to dziecko. Dlatego musiałam ograniczyć jej kontakt z szatynem.

- Linsey idź do salonu, pooglądać bajki- poleciłam siostrze, a sama powędrowałam do kuchni, wiedząc, że za mną ruszy też Daniel. Miałam rację, gdyż cały czas słyszałam za sobą jego kroki. Natomiast siostra uwielbiała wpatrywać się w ekran telewizora, więc dobrym pomysłem było posłanie jej do drugiego pokoju. Akurat o tej porze leciały przygody ulubionych księżniczek Lins. Czasami gdy się z nią bawiłam, wcielałam się w jedną z postaci z tego serialu, a ona w drugą. Udawałyśmy damy, a na głowach nosiłyśmy ozdobne korony. Naszym jedynym zadaniem było chodzenie i machanie do poddanych-miśków oraz picie popołudniowej herbatki. Na tę okoliczność prosiłyśmy mamę o zaparzenie dwóch cynamonowych torebek. Do tego rodzicielka zawsze dokładała pyszne ciasteczka. Musiałam przyznać, że uczty były udane. Teraz jednak nadszedł powrót do rzeczywistości.

- Jeśli przyszedłeś się nade mną litować... - odwróciłam się i oparłam o blat kuchenny, patrząc na chłopaka, który stał coraz bliżej mnie. Dzieliły nas może cztery kroki. Chciałam już go wyprosić, tak dyskretnie, lecz nie pozwolono mi dokończyć nawet jednego zdania. Widocznie motocyklista nie przyszedł tylko na chwilę, co nie było mi na rękę.

- Nawet nie wpadło mi to do głowy. Sprawdzam, jak się trzymasz - oznajmił spokojnie, jakbyśmy byli najlepszymi przyjaciółmi, a dzisiejsze spotkanie należało do naszych najzwyklejszych. Nigdy nie potrafiłam rozgryźć Daniela, a teraz stał się on zagadką bez rozwiązania. A może miał w sobie kilka wcieleń, które ujawniały się w różnych odstępach czasu? I pewnie do tego pomagała mu wróżka zębuszka. Przechodziłam z skrajności w skrajność. Ten chłopak naprawdę potrafił zawrócić mi w głowie. Niedługo zaczęłabym wierzyć w elfy, jednorożce i czarodziejki. Takim sposobem pierwsza wylądowałabym na dywaniku u psychiatry. Czułam, że prawdziwe emocje zaraz wyjdą na światło dzienne. Byłam wkurzona i to bardzo. Nikt raczej nie chciałby mnie takiej oglądać.

- I po to tu jesteś? Żeby upewnić się, czy wszystko w porządku? - szatyn pokiwał twierdzącą głową. Zacisnęłam rękę w pięść, próbując skupić się na czymkolwiek innym. Jego zachowanie było nie do zniesienia! Miałam już dość jego ciągłych wahań nastroju. On mnie prowokował i robił to specjalnie. Tolerowanie Daniela właśnie się skończyło. Trzy, dwa, jeden...

-Pewnie chcesz jeszcze usłyszeć, że nie zwariowałam?! Że nie boję się wychodzić z domu? Że nie mam koszmarów po nocach? Że ... - wykrzykiwałam po kolei wszystko, co leżało mi na sercu. Starałam się nie podnosić zbytnio głosu, by nie wystraszyć tym Linsey. Z każdym kolejnym słowem mój głos drżał coraz bardziej, aż w końcu ugrzązł mi w gardle. Tego było za wiele.
Wzrok spuściłam na podłogę, gdyż nie potrafiłabym znieść tego współczującego spojrzenia szatyna. On nie wiedział przez co przeszłam i lepiej żeby tak pozostało. Chwilę później poczułam ramiona Daniela, oplatające mnie wokół i przyciągające w swoją stronę. Nie mogłam pozwolić, by łzy wydostały się na zewnątrz. Nie mogłam dać się złamać. Nie teraz. Nie przy nim. Nie już kolejny raz.

-Tak, jest w porządku. Dzięki, że przyszedłeś - wolną ręką otarłam napływające do oczu łzy i zaczęłam lekko odpychać chłopaka, który na początku pozostawał niewzruszony, ale gdy dodałam do tej czynności więcej siły, poddał się i odsunął na kilka centymetrów. Teraz udało mi się na niego spojrzeć. Widziałam, że się martwił, ale nadal dziwiło mnie to, że przejmował się kimś takim jak ja. Kimś, kogo znał zaledwie od kilku tygodni. Kimś, kto w ogóle nie był taki wyjątkowy, by aż tak się o niego troszczyć. Więc dlaczego to robił?

- Przestań... Przestań się zachowywać jakbym był twoim największym wrogiem. - westchnął i pokręcił głową z dezaprobatą. Natomiast ja nadal byłam skołowana, ponieważ nigdy w spotkaniach z Danielem  nie wiedziałam, czy byliśmy na drodze pokojowej czy nienawiści. Przyjęłam zasadę, by zachowywać dystans. Nieważne co się działo, nie mogłam dać się sprowokować.
Wydawało mi się, że coraz częściej udawało mi się to robić, z czego byłam zadowolona.

- A jak mam myśleć skoro najpierw jesteś na mnie wściekły, chociaż nie wiem, co ci zrobiłam, a potem zjawiasz się i mi pomagasz? - uderzyłam szatyna całą szczerą prawdą. Bo przecież tak było naprawdę. Czasami obrywałam od niego za byle co, na przykład jakieś głupie przezwisko, a innym razem motocyklista po prostu ratował mnie od różnych niebezpieczeństw. To nie była normalna relacja. Ona nawet nie podchodziła pod ludzkie standardy. Można by stwierdzić, że byliśmy dwójką zwykłych osób, które w swoim towarzystwie zmieniały się nie do poznania. Czy to było realne?

- Nie mogę ci tego teraz wytłumaczyć- odpowiedział, przeczesując palcami włosy. Chciałam go tylko zrozumieć i oczywiście znowu nic z tego, bo wszystko związane z Danielem było zatajone. Przecież to nie była taka wielka tajemnica. Na pewno nie śmiertelna. Co się pod nią kryło? 

- Więc jak mam ci zaufać?

- Będziesz musiała, bo tylko ja jestem w stanie ci pomóc- powiedział pewny siebie, jakby to on stał się moją ostatnią deską ratunku. W rzeczywistości tak nie było. Mogłam zwrócić się do rodziców lub przyjaciół, chociaż o tej sprawie wolałabym, żeby nikt się nie dowiedział, nawet on. Zresztą całe to zamieszanie ucichło, więc wszystko miałam pod kontrolą. Wolałam, żeby tak pozostało.

- Nie sądzę, że... - próbowałam zabrać głos i wytłumaczyć chłopakowi, że wcale go nie potrzebowałam. Okej, jeśli chciał się przyjaźnić, nie miałam nic przeciwko, tylko żeby zachowywał się już normalnie.
Moje działania poszły na marne, bo motocyklista nie zamierzał rezygnować ze swoich racji. Nawet mnie to nie zdziwiło. Porównując jego inne wybryki, nie przewidziałabym innej wersji wydarzeń.

- To do kogo pójdziesz? Do Julie? Asha? A może Scott? - wypowiedział ze szczególną złośliwością i podwójną dawką jadu. Słysząc to, o mało nie zemdlałam. Zakręciło mi się w głowie i zaszumiało w uszach. Pośpiesznie chwyciłam się blatu za sobą i wzięłam kilka głębokich oddechów. Skąd on to wszystko wiedział?! Nie pamiętam bym wspominała mu kiedykolwiek o Jul czy Ashtonie, a szczególnie o byłym chłopaku, który obecnie dla mnie nie istniał. Więc jakim cudem Daniel bezbłędnie ich wymienił? To było dziwne. Czyżby znał prawie całe moje życie? Przecież nie miałam go spisanego w książce czy w pamiętniku, żeby mógł go przeczytać. Tym sposobem chłopak zaczynał mnie coraz bardziej przerażać.

- C..co? S...skąd to wszystko wiesz? - tylko tyle udało mi się z siebie wydusić. I tak to było dużo, jak na te szokujące wieści. Pragnęłam odpowiedzi. Odpowiedzi dotyczących każdej niewyjaśnionej sytuacji związane z moją osobą. Czy to mogłoby stać się teraz?

- Nieważne. To ty musisz odpowiadać na moje pytania. Co się stało miesiąc temu? - od razu odwrócił nasze role. Jak zwykle na jego korzyść. Ja byłam przesłuchiwana, a on się o wszystko wypytywał, bo mi już nie pozwolił tego robić. Ale dlaczego znowu poruszaliśmy temat, którego bardzo chciałam uniknąć? Czemu szatyn aż tak się go uczepił?
Nie chcąc zdradzić mojej tajemnicy związanej z tamtym pamiętnym dniem, milczałam. Wolałam się nie odzywać, zachowując zdrowy rozsądek i mieć spokój. Przecież on nie mógł mnie do niczego zmusić. Tak mi się przynajmniej wydawało.

- Kto to był? - Daniel naciskał dalej, a ja nie zamierzałam ustąpić. Nikt nie dowiedział się o tym przez miesiąc, chociaż było ciężko, więc dlaczego miałoby się to teraz zmienić? W końcu dawałam sobie radę sama, powoli zapominając o tym problemie. Jednak musiał pojawić się motocyklista...
Cisza z mojej strony nie ustępowała. Dodatkowo spuściłam wzrok na podłogę, która obecnie wydawała się taka ciekawa. Oczywiście nie po to, by odwrócić uwagę chłopaka. Niee, skądże.

- Cholera! Kto ci to zrobił?! - krzyknął zdenerwowany, przy okazji gwałtownie podnosząc do góry mój podbródek. Zrobił to tak mocno, że silnie odczułam jego dotyk. Choć lekko drgnęłam, nadal nie spojrzałam szatynowi w oczy. On zbyt dużo ode mnie wymagał. Zbyt dużo na moje siły. Nie mogłam mu tego powiedzieć. Jednak, gdy widziałam go w takiej wściekłej wersji, trochę się bałam. Chciałam tylko, żeby przestał. Przestał i już stąd wyszedł.

- J... jeden z mężczyzn ze sklepu. Było ich więcej, ale później zostaliśmy s...ami- powiedziałam, jąkając się. Stało się to, czego tak bardzo nie chciałam. Wspomnienia zaczynały powracać. Dłużej nie mogłam już wytrzymać, nie płacząc.  Łzy zaczęły gromadzić się w moich oczach. Znowu się mu poddałam. Znowu dałam mu wygrać. Znowu mógł ze mną zrobić to, co chciał.

- Co tam zaszło? Co tam... - Daniel nie ustępował i zadawał kolejne pytania. Jego głos był ostrzejszy od brzytwy. Zanim się odezwałam, ponownie spuściłam głowę i popatrzyłam na własne buty. Z tej sytuacji nie było innego wyjścia niż powiedzenie prawdy, chociaż bolesnej.

- P...rzyparł mnie mocno do muru, a potem... potem poczułam jego r... ręce na całym ciele. Były wsz...wszędzie. Wtedy wiedziałam, co się stanie, ale n... nie... I dlatego się wyrwałam a p... później on wyjął nóż i nie zdą...żyłam się przed nim u...uchronić. Pobiegłam przed sie...bie, byle tylko u...uciec od nie...go jak najdalej-  mówiłam jak najęta, gdyż tą sytuację miałam właśnie przed oczami. Jego twarz. 
Jego usta na moich. 
Jego dłonie znajdujące się tam, gdzie nie powinno ich być. 
Wszystko wróciło...

Łzy zaczęły sunąć po moich policzkach niczym opętane, a ja nie potrafiłam ich zatrzymać. Dlaczego, dlaczego właśnie mnie to wszystko spotkało?
Gdy nie uzyskałam odpowiedzi ze strony motocyklisty, uniosłam głowę do góry, spoglądając na niego. Jego twarz wyrażała miliony emocji w jednej sekundzie. Zdziwienie, złość, współczucie to tylko niektóre z nich. Staliśmy tak chwilę, a gdy chłopak miał już coś oznajmić, pośpiesznie odwróciłam się na pięcie i pobiegłam do swojego pokoju, zamykając się w nim od środka. 
Po prostu uciekłam i stchórzyłam.
Miałam nadzieję, że to będzie koniec.
Koniec zmartwień i problemów, które nie dawały mi normalnie żyć. 

_____________________________ 
OJ  MOJE MISIE dzisiaj mamy szczególny dzień - REAKTYWACJA BLOGA :D
Cieszycie się prawda? JA BARDZO! 
Bo nareszcie mamy tą okrągłą dziesiąteczkę ♥
Rozdzialik nawet długi, ale czy dobry? Nie mam pojęcia :P Ocenę zostawiam każdemu z osobna.
Właśnie na zegarku mam 1:00 i piszę specjalnie dla was to wszystko, bo przerwa między częściami opowiadania OGROMNA!
Myślałam, że w wakacje bardziej poświecę się pisaniu, ale mam na głowie pracę (=BRAK SIŁ na cokolwiek) i tak to wychodzi. 
Mam nadzieję, że chociaż WY dobrze spędzacie swój wolny czas :)
DZIĘKUJĘ za wszystkie komentarze pod ostatnim rozdziałem, bo naprawdę dodały mi one motywacji do pisania kolejnego rozdziału! ♥ Nie dałabym rady BEZ WAS!
Aha! MAM DLA WAS TEŻ BONUSIKI : 
1) Pojawiła się nowa zakładka: Liebster Blog Awards, gdzie znajdziecie odpowiedzi na wasze nominacje ;)
2) Wpadłam na pomysł, żeby dodać na bloga nową aplikację (chodzi tutaj o tagowanie na twitterze; jeśli ktoś napisałby coś odnośnie opowiadania i chciałby, by to wyświetliło się tutaj, dodałby coś takiego: #PczyP?) 
TYLKO MAM Z TYM PROBLEM I PROSZĘ O WASZĄ POMOC
Jeśli ktokolwiek wiedziałby jak to coś zrobić, błagam piszcie, bo ja nie potrafię  :P Bardzo chciałabym, żeby to się pojawiło
3) Też sprawa związana z twitterem ;) Wymyśliłam kolejną rzecz. Żeby móc jakoś bardziej się z wami komunikować i abyście nie musieli tak niecierpliwie czekać na nowe rozdziały to mam do was pewien interes :D Jeśli na moim twitterze pojawi się jakaś grupka obserwatorów, będę dodawać tam spojlerki nowych rozdziałów. Gdy będę w trakcie pisania, wstawię tam dwa, trzy razy jakiś fragment :) W zakładce kontakty macie podany mój twitter.

I TO CHYBA TYLEE!!! 
Idę lulać :) Branoc! 
PRZYPADKOWYCH SNÓW! ♥

sobota, 6 czerwca 2015

Rozdział 9

- Gdzie masz jakąś apteczkę? - zapytał chłopak, podnosząc się do góry. Następnie wsadził ręce do kieszeni, wyczekując mojej odpowiedzi. Zanim wypowiedziałam jakiekolwiek słowo, potrzebowałam chwili, by uporządkować myśli. Kilka sekund wystarczyło na wyciszenie strachu i zastanowieniu się nad położeniem rzeczy, która była mi w tej chwili najbardziej potrzebna. Nie zamierzałam dokładać jeszcze więcej nieszczęść do dzisiejszego dnia, jak na przykład: zakażenie w mojej ranie czy zbytnia utrata krwi. Poza tym moje ramię bolało jak cholera. Dlatego pośpieszne prześledziłam w głowie wszystkie zakątki domu i w końcu znalazłam zgubę.

- Jest w łazience na piętrze, szafka obok lustra- oznajmiłam, coraz bardziej odczuwając rozcięcie na ciele. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się coś podobnego, więc nie wiedziałam, jak się zachować. Na szczęście lekcje pierwszej pomocy nie poszły na marne. Jedynym moim celem było teraz zatamowanie krwawienia. Aby  zmniejszyć ból, przycisnęłam do rany zdrową rękę. Oczywiście nie było to tak bezbolesne, jak się wydawało. Kolejny grymas wykrzywił moją twarz, tym samym sprawiając, że motocyklista chwilę później zniknął mi sprzed oczu.

- Zaraz wracam. Jeśli będzie ci bardzo słabo, zawołaj mnie i przybiegnę tak szybko, jak będę mógł- zapewnił mnie, zanim ruszył, by przynieść apteczkę. Słyszałam tylko jego kroki, kiedy pokonywał drewniane schody. Nadal zaciskając rękę na ramieniu, wpatrywałam się w ścianę naprzeciwko. Zawiesiłam wzrok na zegarze, którego wskazówki za niedługo miały ustawić się na godzinę pierwszą. Charakterystyczny dźwięk tykania roznosił się po całym pokoju. Skupiając się wyłącznie na tym i licząc sekundy w myślach, mogłam choć trochę się uspokoić.

W dzieciństwie robiłam podobnie, choć dotyczyło to zupełnie innej czynności. Gdy razem z mamą wkładałyśmy ciasteczka do piekarnia,  ja odliczałam czas do ich wyjęcia. Nigdy nie wytrzymywałam do końca i męczyłam moją rodzicielkę pytaniami, czy długo jeszcze. Ona uśmiechała się i odpowiadała "niedługo słoneczko". Kiedy wreszcie przysmak był gotowy, mając specjalny przywilej, zawsze pierwsza go próbowałam, by powiedzieć rodzicom, czy aby na pewno był dobry. Uwielbiałam piec i gotować z mamą. Byłam wtedy tylko ja i ona, bo Linsey jeszcze nie przyszła na świat, a tata przygotowywał dla nas kolejną ciekawą zabawę. Po prostu nie chciał nam przeszkadzać, gdyż uważał, że jego umiejętności kulinarne są na poziomie zerowym. Oczywiście to nie była prawda, bo czasami przyłapywałam go na przygotowywaniu obiadu czy kolacji, która smakowała wyśmienicie. Razem z rodzicami spędzaliśmy wspólnie dużo popołudni, co bardzo mnie cieszyło. A jakie dziecko nie byłoby szczęśliwe? Nawet kiedy urodziła się Lins, nic się nie zmieniło, chociaż zdarzało się to trochę rzadziej, ponieważ trzeba było zajmować się małą. Ta słodka dziewczynka sprawiła, że wszyscy staliśmy się bardziej zgraną rodziną. Każdy chciał mieć swój dyżur przy dziecku, więc często się wymienialiśmy. Nawet ja, mając 12 lat opiekowałam się młodszą siostrzyczką. Lubiłam do niej mówić i śpiewać podczas, gdy ona odpowiadała mi w niezrozumiałym języku.

- Amelia jesteś tu? - głos motocyklisty wyrwał mnie z zadumy. Ocknęłam się i spojrzałam na jego zdziwione oczy. Stał przede mną z potrzebną zawartością apteczki i lustrował wzrokiem moją osobę. Przed chwilą musiałam wyglądać naprawdę przerażająco. Moje ciało spoczywało na kanapie w salonie, a duch krążył po innym świecie. Wspomnienia całkowicie mnie wessały, co nie było takie normalne. Stracenie kontaktu z rzeczywistością nie zdarzało się od tak. Nawet nie zwróciłam uwagi na powrót chłopaka. Przecież musiałam coś słyszeć. Musiałam.

- Bałem się, że już całkiem odpłynęłaś- powiedział troskliwie, siadając obok mnie na sofie. Rozłożył na stoliku bandaże, gazy i postawił szklankę wody razem z tabletkami przeciwbólowymi, które od razu mi podał. Wyjęłam dwie z opakowania i połknęłam je, popijając cieczą. Teraz tylko należało poczekać około trzydziestu minut, aby zaczęły dawać efekty. W tym czasie szatyn zajął się moim ramieniem.

- Musimy ściągnąć twoja koszulę, żebym mógł dostać się do rany- chłopak spojrzał na mnie, szukając jakiegokolwiek pozwolenia. Nieśmiało skinęłam głową i odsunęłam zdrową rękę, przestając uciskać napływającą krew. W końcu zdrowie było w tym momencie najważniejsze. Nie mogąc poradzić sobie z rozpinaniem guzików, motocyklista przybliżył się jeszcze bardziej i pomógł mi w tym. Robił to tak delikatnie, jakby nie chciał, abym odczuwała nawet najmniejszy ból. Cały czas patrząc mi w oczy, obserwował moją reakcję na jego ruchy. Następnie powoli wyciągnął z materiału moje ręce i rzucił go na podłogę. Pozostałam jedynie w zwiewnej, lekko za małej bluzce na ramiączkach, co trochę, a nawet bardzo mnie krępowało. Jednak jakie miałam wyjście? Zawsze mogło być gorzej.

Szatyn był jedyną osobą, która mogła mi pomóc. W pewnym sensie go potrzebowałam. Gdy odnalazł moją ranę, na jego twarzy wymalował się szok. Było aż tak źle? Nie mogąc już dłużej się powstrzymać, zerknęłam na moje bolące ramię. Myliłam się, myśląc, że to tylko drobne draśnięcie.
Nagle przed oczami pojawiły się mroczki, a potem już wyłącznie ciemność.
Moje ciało stało się bezwładne i nie mogłam nic na to poradzić.
Zemdlałam.

~*~
Powoli uniosłam do góry powieki i zamrugałam kilka razy, by przyzwyczaić się do półmroku panującego wokół. Chwilę zajęło mi określenie własnego położenia. Okazało się, iż znajdowałam się na łóżku w moim pokoju, a dalej na fotelu siedział motocyklista i obserwował otoczenie za oknem. Kiedy odrobinę się poruszyłam, bo było mi niewygodnie, chłopak od razu podszedł i położył swoją rękę na moim czole. Jego dłoń miała o wiele niższą temperaturę ode mnie, więc dotyk sprawił mi przyjemność.

- Jak się czujesz? - spytał, cały czas utrzymując ze mną kontakt wzrokowy. Zmarszczyłam czoło, nie wiedząc za bardzo, co się działo. Myślałam, że po tym jak straciłam przytomność, szatyn zostawi mnie i ucieknie. Bo co go obchodziło moje życie? Przecież starał się pomóc, ale nie wyszło. Mógł odejść i powiedzieć, że zrobił wszystko,co w jego mocy, ale to nie pomogło. W końcu na pewno kłamał już wiele razy. Wyglądał na takiego, który nie przejmuje się losem drugiego człowieka. Dlatego jego wcześniejsze zachowanie mnie zaskoczyło, a teraz to kompletnie wytrąciło z równowagi. Wydawało mi się, że nasze stosunki osiągnęły poziom największej możliwej wrogości, a teraz po raz kolejny motocyklista nie pozwolił, by stało mi się coś złego. Opiekował się i czuwał nade mną jakbym była jego młodszą siostrą, oczkiem w głowie. Naszła mnie wielka ochota, żeby go lepiej poznać, bo może to oblicze, którego się tak bałam to tylko jedna z jego wielu masek. Byłam ciekawa, co kryło się za tym mocnym murem obojętności i wrogości do ludzi. Miałam nadzieję, że dzisiaj poznam go od tej drugiej, lepszej strony.

- By...wało lepiej - ledwo wypowiedziałam dwa słowa, gdyż bardzo zaschło mi w gardle. Szatyn czytając mi w myślach, sięgnął po szklankę z wodą, którą musiał wcześniej postawić na szafce nocnej i przysunął ją w moją stronę. Sięgnęłam po bezbarwną ciecz i momentalnie syknęłam z bólu, gdyż zapomniałam o ranie na ramieniu. Czułam się jakby w to miejsce ktoś przyłożył mi rozżarzone węgielki. Na szczęście kiedy wróciłam do poprzedniej pozycji, ogień wokół rozcięcia się zmniejszył.

- Nie wykonuj gwałtownych ruchów. Pomogę ci- zaoferował, a raczej stwierdził chłopak, chwytając za naczynie i przysuwając je do moich ust. Zdrową ręką przejęłam szklankę i przechyliłam ją, by w końcu ugasić pragnienie. Już wszystko było dobrze. Następnie o wspólnych siłach odłożyliśmy naczynie na miejsce. Motocyklista przysunął fotel obok łóżka i ponownie w nim zasiadł. W tym momencie miałam chwilę, by zerknąć na moją ranę, która teraz była profesjonalnie zabandażowana. Nie wiedziałam, że szatyn potrafił coś takiego zrobić i się na tym znał. Z ubrań nadal miałam na sobie tylko cieniutką bluzeczkę i czarne rurki, dlatego poprawiłam koc i podciągnęłam go pod samą szyję. Chociaż lato nie szczędziło słońca, w nocy nie było zbyt ciepło. Poza tym przechodziły mnie małe dreszcze najprawdopodobniej z powodu zemdlenia lub emocji, które nadal gdzieś we mnie siedziały.

- Zimno ci? - na pytanie chłopaka zaprzeczyłam ruchem głowy. Kłamałam. Po prostu nie chciałam sprawiać mu dodatkowego kłopotu, bo i tak dużo dla mnie zrobił. Nie chciałam zachowywać się jak księżniczka, która wszystkich wykorzystuje. Nie chciałam... A może bałam się, że zmiana i pomoc motocyklisty była tylko chwilowa, a ja nie zamierzałam jej nadwyrężać? Jednak szatyn nie wierząc w moje słowa, wyszedł na chwilę z pokoju i wrócił z drugim, trochę grubszym okryciem z sofy w salonie na dole. Gdy podszedł bliżej, rozłożył go i szczelnie mnie okrył. Potem opadł na przygotowane przez siebie miejsce obok.

- Opowiesz mi o dzisiejszym zajściu?  - zapytał, wpatrując się we mnie tymi głębokimi brązowymi oczami, od których nie mogłam się oderwać. Widziałam w nich oparcie i dziwnym trafem czułam się bezpieczniej, gdy chłopak był w pobliżu.Dlaczego? Sama nie potrafiłam tego określić. Przecież powinnam się go bać, skoro tak mnie przerażał, powinnam już planować ucieczkę, jednak tego nie robiłam.

Po prostu rozmyślałam nad tym, jak mogłabym ominąć delikatny dla mnie temat wczorajszego gwa... do którego prawie doszło (jeszcze nie mogłam  tak tego nazwać.... nie umiałam). Była pierwsza w nocy, więc moim ostatnim marzeniem był powrót do wspomnień sprzed kilku godzin. Ponadto nie zamierzałam zwierzać się chłopakowi, którego w ogóle nie znałam. Chciałam po prostu, żeby powiedział mi swoje imię i oświadczył, że nie miał nic wspólnego z wydarzeniami z ostatnich dni. Przecież nie byłam pewna, na czym stałam. A jeśli jednak maczał w tym palce? Osądzanie go może nie było do końca sprawiedliwe i mądre, ale teraz naprawdę musiałam uważać, komu ufałam. Ostatnie sytuacje pokazały, że na każdym kroku czyhało niebezpieczeństwo, a każda, nawet najmniej podejrzana osoba, zaliczyła się do potencjalnych morderców. Jeśli nie miał nic do ukrycia, powinien szczerze ze mną porozmawiać, prawda? Należało mi się to.

- A dla... dlaczego nie p...powiesz czegoś... czegoś o sobie? -moja odwaga nagle zmniejszyła się do minimalnych rozmiarów. Od jakiegoś czasu gdy zabierałam głos w pobliżu motocyklisty, on niespodziewanie się łamał. Chociaż raz mogłam nie okazywać strachu. Chociaż raz mogłam być silna. Czy to naprawdę dużo? Wydawało mi się, że teraz byłam jeszcze większym tchórzem niż wcześniej. 'Amelia nie załamuj się. Będzie dobrze' - powtarzałam w myślach, chcąc, aby okazało się to prawdą. Zresztą chyba już gorzej być nie mogło.

- A jeszcze niczego nie mówiłem? - zapytał, a ja zaprzeczyłam ruchem głowy. Czułam, że zaraz wszystkiego się dowiem. W końcu nadszedł ten czas. Miałam nadzieję, że szatyn będzie ze mną szczery. Niemożliwe kiedyś staje się możliwe.

 - O mnie? Niech będzie. Mam na imię Daniel. Skończyłem już szkołę i obecnie pomagam w warsztacie samochodowym. W wolnych chwilach lubię obserwować pewną piękną dziewczynę i ratować ją, kiedy znowu zrobi coś głupiego- odpowiedział na moje pytanie i zaśmiał się na końcu. Był to chyba pierwszy raz, gdy to zrobił. Jego cudowny śmiech sprawił, że mój nastrój trochę się poprawił. Nie mogłam dłużej się powstrzymywać, więc po chwili do niego dołączyłam. Śmialiśmy się dobre pięć minut, a kiedy jedno przestawało, drugie go rozśmieszało. To było najlepsze pięć minut dzisiejszego dnia. Najlepsze pięć minut spędzone kiedykolwiek z chłopakiem. Jak dotąd nie wiedziałam, że może być on aż tak zabawny i komiczny. Jego dziwne miny przewyższały wszystkie usłyszane dowcipy. W końcu ktoś rozluźnił tą napiętą atmosferę i choć na moment mogłam zapomnieć o moich problemach, które teraz powoli powracały. Za wszelką cenę próbowałam je od siebie oddalić, kontynuując temat.

- Wydaje mi się, że ta dziewczyna jest ogromną niezdarą. Podobno kiedyś podczas jazdy na rolkach, wpadła do stawiku sąsiadki. To był dopiero niezły ubaw! - nie przestawałam chichotać.
Dokładnie pamiętałam tą sytuację. Jechałam wtedy bardzo szybko, bo ścigałam się z Julie (wygraną był deser lodowy) i w pewnej chwili straciłam panowanie nad jedną rolką. Niestety znajdowałam się blisko małego zbiornika wodnego i właśnie tam zakończyła się moja przygoda. Miałam szczęście, że pływało tam tylko kilka ryb, które jakimś trafem przeżyły, tak jak ja. Skończyło się na mokrych ubraniach i paru siniakach. Później Juls opowiedziała wszystko mojej rodzince, która śmiała się z tego przy każdej okazji. Przynajmniej byłam główną atrakcją naszych dużych rodzinnych spotkań.

- Ciekawe czy mogłaby powtórzyć tą sztuczkę specjalnie dla mnie?

- Myślę, że z jej umiejętnościami nawet bez tego znowu tam wyląduje- nadal rozmawialiśmy o moim dziwnym wypadku.
 Byłam ciekawa, kiedy takie zdarzenie się powtórzy. Już dawno nie jeździłam na rolkach, więc wiedziałam, że przy najbliższej okazji tak właśnie skończę. Współczułam tylko mojej sąsiadce, której kwiatki nigdy nie wytrzymywały takiego ciężaru. Biedna kobieta musiała je ostatnio wyrzucić. Oczywiście jej w tym pomogłam i własnoręcznie zasadziłam nowe, ponieważ zżerały mnie wyrzuty sumienia.

- Chciałbym to zobaczyć- wyznał, uśmiechając się promiennie.
Gdy teraz na niego patrzyłam, musiałam przyznać, że był nawet przystojny. Wcześniej nie dopuszczałam tego do siebie, bo większą uwagę przykładałam na ciężki charakter szatyna i nasze ciągłe kłótnie. Z dołeczkami w policzkach wyglądał o wiele przyjaźniej. Jego zła strona odeszła w niepamięć, by ustąpić tej dobrej. Mimo tego, nadal nie wiedziałam, czy motocyklista był zamieszany w pamiętliwą niebezpieczną grupę, którą spotkałam wczoraj i w sklepie. Nie zamierzałam zadawać się z kimś, kto udawał kogoś innego, ukrywając najważniejsze fakty swojego życia. Poza tym nie zniosłabym kolejnych rozczarowań ze strony najbliższych. Mój plecak życiowych doświadczeń był w tej kategorii już pełny.

- Daniel bo... bo ja mam jeszcze jedno pytanko do ciebie-  zaczęłam niewinnie i spokojnie, nie chcąc psuć miłej atmosfery. To musiało być powiedziane delikatnie, bo chłopak mógłby znowu stać się taki, jak na początku naszej znajomości, a to nie za bardzo mi się uśmiechało. Kłótnia nie była najlepszym wyjściem w tej sytuacji. Oczywiście musiałam uzyskać ważne dla mnie informacje, ale na pokojowej drodze.

-Tak? - popatrzył na mnie takim wzrokiem, jakby rozmyślał, o co mi chodziło. Na pewno nie spodziewał się tego, co za chwilę usłyszał. Zawahałam się trochę, gdyż właśnie przez to mogła wybuchnąć wielka wojna. Jednak moja ciekawość zwyciężyła. Ona prawie zawsze była górą.

- Czy... czy masz coś w...wspólnego z...? - nie potrafiłam skończyć pytania. Chciałam coś powiedzieć, ale z moich ust nie wychodziły żadne słowa. Nie potrafiłam znaleźć sposobu na odzyskanie mowy. Na szczęście, a może na nieszczęście, szatyn zrozumiał sens mojej wypowiedzi. Na początku rozszerzył oczy ze zdziwienia i zamyślił się, jakby jeszcze raz przetwarzał te słowa w głowie. Kiedy to do niego dotarło, w mgnieniu oka poderwał się z fotela. Zwinął pięści, wbijając paznokcie do wewnętrznej strony dłoni,  a jego szczęka mocno się zacisnęła.
To oznaczało tyko jedno: niepotrzebnie zaczynałam ten temat. Teraz będę żałować.

- Co?! Myślałaś o mnie w ten sposób?! Że jestem świrem, który mógłby podnieść rękę na kobietę?! - warknął wściekły, wyładowując swoją złość. Niestety na tym się nie skończyło. Skuliłam się na łóżku i przyjęłam obronną pozycję. Było już tak dobrze- dogadywaliśmy się, ale ja jak zwykle musiałam coś schrzanić. To chyba wrodzony talent.

- No tak! Pewnie przyszedłem dzisiaj do ciebie, żeby cię zabić i poćwiartować! A może wolisz umrzeć od jednego strzału? To też da się zrobić  - prychnął, powodując gęsią skórkę na moim ciele.
Widziałam jak chłopak cały się trząsł ze złości. Przecież miał powód. Ale czy nie mógłby chociaż trochę się uspokoić?

- Jesteś taka naiwna! Ciekawe czy sama też sobie poradzisz! - krzyknął po raz ostatni i wyszedł, z wielkim hukiem zatrzaskując za sobą drzwi. Echo tego dźwięku odbiło się od ścian mojego pokoju i zaraz ustało. Kilka sekund później poderwałam się z łóżka, mając nadzieję, że moja rana przestała już boleć. Niestety przeliczyłam się. Nic a nic nie ustało. Lecz czy miałam jakieś wyjście? Przecież nie mogłam wypuścić stąd szatyna. Nie mogłam zostać sama! Dlatego szybko ruszyłam, by zatrzymać motocyklistę.

- Daniel! - zawołałam, ale nikt się nie odezwał. Może było za późno? Kiedy zobaczyłam, że był prawie przy drzwiach wyjściowych, a na mój głos w ogóle nie zareagował, biegiem rzuciłam się po schodach. Pokonywałam je w tempie, w jakim nie biegałam na zawodach lekkoatletycznych. Nie patrzyłam na swoje stopy, tylko trzymałam się barierki i chwiejnym krokiem szłam do przodu. Zostały mi jeszcze trzy schodki, by znaleźć się na samym dole. Postawiłam pierwszą nogę i od razu tego pożałowałam. Z tak dużego przemęczenia kolano samo ugięło się pod moim ciężarem i straciłam równowagę. Poleciałam do przodu, a jedyną rzeczą która zdążyłam zrobić było ochronienie ręką swojego  rozcięcia na ramieniu. Natomiast drugą udało mi się choć trochę zamortyzować upadek. Dzięki hałasowi który narobiłam, chłopak przystanął, ale nadal stał odwrócony tyłem. Moje siły wyczerpały się do końca, więc nie mogłam nawet się podnieść. Do oczu powoli zaczęły napływać mi łzy spowodowane nie smutkiem czy żalem, ale bezsilnością.

- Proszę... nie... nie zostawiaj mnie- wyjąkałam zrozpaczona, próbując unormować swój oddech. Zdesperowana szukałam pomysłu, by chłopak mnie nie opuszczał. Cały czas patrzyłam na niego, mając malutką nadzieję, że mnie posłucha. I wtedy w końcu spojrzał w moją stronę. Nasz wzrok się ze sobą skrzyżował. Następnie nie za bardzo pewny swoich działań, podszedł bliżej, uważnie stawiając każdy krok. Gdy usiadł obok, zastygł w bezruchu, jakby bił się z własnymi myślami. Jednak chyba wygrała ta jego dobra strona, bo  następną rzeczą, jaką zrobił było wtulenie się w zagłębie mojej szyi. Przylgnęłam do niego tak łapczywie, jak on do mnie.
Nie potrzebowaliśmy żadnej rozmowy, wystarczała cisza, która mówiła więcej niż niejedno słowo.

_____________________________
Ołkeeej! Jak to się mówi na planie filmowym: MAMY TO! :D
Taaaak, rozdział po prawie dwóch miesiącach... Brawo ISIA! Postarałaś się, kobieto!
Dlatego przy tej część macie PEŁNE PRAWO do ochrzanienia mnie za taką przerwę itp., a ja przyjmę to na klatę ;P
JEŚLI JEDNAK rozdział tak wam się podoba, że zapomnieliście o moich winach (co jest niemożliwe) też możecie napisać COŚ miłego ♥
A w ogóle CO SĄDZICIE o relacjach Amelii i Daniela? Poprawiły się CZY pogorszyły? (ja sama tego nie wiem, ale CIII...)
Przy okazji jeżeli ktoś był przekonany, że w lato nie można zachorować, ja jestem czystym dowodem. Boję się, że zaraz jakieś eksperymentu będą na mnie przeprowadzać xD JA CHCE ŻYĆ!
Jeżeli interesuje was ogólnie, co tam u mnie słychać (ale kto by tego chciał? O_o #loool #żaaal ^_^) TO zostało mi jeszcze około dwóch sprawdzianów i z dwie prezentacje, żeby poprawić oceny I KONIEC PIERWSZEJ KLASY!! WAKACJE!!! WIĘCEJ ROZDZIAŁÓW! (nie kłam Isia! :D) LENIUCHOWANIE!! (to, co lubię)
To by było na tyle!
KOŃCZĘ SIĘ Z WAMI! (powiedzonko wymyślone przez moją przyjaciółkę)
CAŁUSKI! ♥♥
Ps.: Idę sprzątać w domciu :)
Aaa! I jeśli chcecie być informowani o nowych rozdziałach, wejdźcie do odpowiedniej zakładki lub dołączcie do grupy na fb: Opowiadanie "Przypadek czy przeznaczenie? (klik w link)